#scenyzżyciaprzedmałżeńskiego
Adam: Kochanie, możesz zmierzyć długość wężyka, jaki idzie od zaworu do spłuczki w toalecie? Po pracy muszę kupić dłuższy, aby pasował do zabudowy, a zapomniałem zmierzyć przed wyjściem.
Teś: Ma dokładnie 3 x wysokość rolki papieru toaletowego.
Adam: Takiej jednostki się nie spodziewałem…

Karma wraca? (wpis nie dotyczy fizjologii zwierząt futerkowych)

Wierzę w dobro. I wierzę, że raz wprawione w ruch, rośnie, rozmnaża się, w jakiś sposób powraca. Przed chwilą w dyskusji o kiepskich doświadczeniach randkowych na wallu znajomej jej znajomy napisał mi, że musiał zrobić sobie dużego drinka i chciałby mnie gorąco przeprosić za to, co mnie spotkało ze strony mężczyzn jako ogółu. I ten tekst uświadomił mi, że w sumie nie mam żalu.

Jasne, jest zło, jest cholernie dużo zła na świecie – i zdarzało się, że dotknęło mnie osobiście o wiele mocniej, niż bym sobie życzyła. Wkurzam się często, bo zwyczajnie nie rozumiem pewnych zachowań. Potrafię zrozumieć, że ktoś pobił czy zabił w obronie własnej czy że ktoś ukradł z biedy, ale mój mózg odmawia współpracy, kiedy próbuję zrozumieć, jak można uderzyć trzymiesięczne dziecko. Jak można skopać psa. Jak można wyrwać śmietnik z chodnika i wrzucić do rzeki. Jak można zgwałcić. To są sytuacje, które owszem – budzą we mnie agresję i nie ręczę za siebie, gdybym kiedyś była ich świadkiem.

Ale jednocześnie we mnie coś mocno wierzy, że zło generuje dalsze zło, a dobro może generować dobro. Wierzę, że jeśli wyciągniemy do kogoś rękę, to on kiedyś przypomni sobie o tym i zrobi podobnie. I że może, kiedyś, tego dobra będzie na świecie tyle, że zło zaszyje się w szarym kąciku i przestanie kąsać.

I wierzę też, że wszystko zaczyna się od drobnych gestów, dostępnych dla każdego. Od mówienia „dzień dobry” woźnym i sprzątaczkom, od traktowania z szacunkiem kelnerek czy ekspedientek, od niewyżywania się na nauczycielkach, że dziecko ma złe oceny. Zdarzało mi się pożyczyć pieniądze osobie jadącej tym samym pociągiem, kiedy ta planowała zapłacić kartą w biletomacie, a nieczynny biletomat sprawił, iż jechała bez biletu i po kontroli musiałaby wysiąść w obcym miejscu i czekać na kolejny pociąg. Zaoferowałam się sama, wygrzebałam resztki gotówki (ach, czasy plastików i kretydówek…). Ok, wymieniłyśmy się numerami telefonu, by mogła oddać pieniądze, ale nie miałam pewności, czy to zrobi. Gdy kobieta wysiadła na swojej stacji docelowej, konduktorka podeszła do mnie i zapytała: „Dlaczego właściwie pani to zrobiła?”. Odpowiedziałam, że powody były dwa. Po pierwsze byłoby mi przykro, że ktoś w paskudną pogodę będzie błąkał się po obcym mieście i szukał bankomatu (miejscowość bez dworca plus święto państwowe), a potem czekał parę godzin na kolejny pociąg, zamiast być w domu przy ciepłej herbacie i z rodziną. Po drugie mam nadzieję, że kiedyś ta pani w identycznej sytuacji zrobi to co ja… i że zwyczajnie gdybym ja była na jej miejscu, miałabym nadzieję, że ktoś mi pomoże.

Zdarzało mi się brać udział w zbiórkach na chore dzieci, na schroniska i azyle dla zwierząt, na utrzymanie małych jeżyków i na pomoc pszczołom. Zdarzało mi się stawiać obiad, kawę czy maść do skóry bezdomnym, ale też z nimi dyskutować godzinami. Widziałam człowieka płaczącego ze szczęścia, że dostał w prezencie kilogram truskawek. Oraz człowieka, który podziękował mi za zaufanie, bo gdy poprosił, żebym kupiła mu coś do jedzenia, dałam mu pieniądze. Wiem, że modne jest coś dokładnie przeciwnego: „jak dam bułkę, mam pewność, że ją zje, a pieniądze wyda na wódkę”. Niestety w tym przekazie gubi się właśnie zaufanie, że ten obcy człowiek wyda tę złotówkę, dwa czy pięć złotych na coś mu potrzebnego, a ja nie chcę być kontrolerem dyszącym mu w kark. Choć owszem, zdarzało mi się po wrzuceniu pieniążka zrobić komuś zakupy i wrócić z nimi.

Kiedyś, licząc sumiennie wypłatę, by zostało na życie, ale też na Polską Akcję Humanitarną, na akcję WOŚP-u, na dwa kocie azyle etc., usłyszałam, że przecież nie pomogę każdemu. Mam na to jedną odpowiedź: „Jeśli nie spróbuję, to na pewno nie pomogę”. Wiem, że zdarza się, że moi znajomi widząc moje zaangażowanie, sami podrzucają parę złotych. Że czasem dziękują, że przypominam o potrzebujących, bo sami nie mieliby głowy szukać, a kiedy mają pod ręką numer konta, to przelew to przecież moment. Kiedy udostępniają wyszukane przeze mnie lub podrzucone mi przez innych znajomych aukcje, mam nadzieję, że ich bliscy reagują podobnie. Że ten łańcuszek wciąż rośnie i rośnie, a razem może czynić cuda. By zoperować Emilka, internauci zebrali siedem milionów złotych. Niewyobrażalną, astronomiczną sumę, która uratowała życie małego chłopca. Stąd wiem, że jest w nas dobro. Bywa przytłoczone zmęczeniem, stresem, kiepskim samopoczuciem, problemami… ale wydobyte na powierzchnię jaśnieje i zaraża innych.

Dlatego tak ważne jest dla mnie, by na co dzień pamiętać o drugim człowieku. By pamiętać o zwierzętach, o środowisku. By słuchać o cudzych potrzebach i rozglądać się dookoła. Po prostu działać, nie czekając, aż ktoś zrobi to za nas – bo zawsze będzie fajniej, jeśli zrobimy to wspólnie.

PS. Zastanawiam się czasami, czy nie zrobić na blogu zakładki „Pomagam”, w której umieszczałabym zbiórki czy dane stowarzyszeń, na które wpłaciłam lub regularnie wpłacam pieniądze. Z jednej strony – by ich nie zgubić, ale z drugiej, przede wszystkim – by zarażać innych. Wiem, że na chwilę obecną byłaby to skala niezwykle mikro, bo i blog raczkuje, ale może kiedyś i skala urośnie? Tylko boję się, że zostałoby to potraktowane jako czcze przechwałki i pimpowanie ego, a to akurat ostatni efekt, jaki chciałabym uzyskać. I wtedy myślę, że jednak lepiej darować sobie taką zakładkę, a nagłaśniać konkretne akcje. Sama nie wiem, co lepsze…

PS2. Strasznie chciałabym być bogata. Marzę czasem, że zarabiam z jedno zero (przed przecinkiem!) więcej i o tym, jak wielu osobom mogłabym wtedy pomóc. Patrzę na jakąś zbiórkę i myślę, że zamiast 10 czy 50 złotych wpłaciłabym całą brakującą kwotę, oszczędzając komuś stresu i oczekiwania. Fajnie by było… Ma ktoś jakąś dobrze płatną ofertę? Obiecuję, że wypłata nie będzie się kisić na koncie!

#scenyzżyciaprzedmałżeńskiego
Teś: Czy owocem urojonej ciąży jest urojone dziecko?
Adam: Nie wiem…
Teś: No wiesz, najpierw jest urojony zarodek, potem urojony płodek…
Adam: No tak. Potem będzie chodziło do urojonego przedszkola i miało prawdziwych przyjaciół. I będziemy mówić: „Panie doktorze, mamy problem. Nasze dziecko ma prawdziwych przyjaciół!”, a on na to: „No, to chyba dobrze?” i będziemy musieli wyjaśnić: „Ale chodzi o to, że ono jest urojone! I jak prawdziwe dzieci mają wymyślonych przyjaciół, tak nasze na odwrót, ma rzeczywistych!”…
Teś: A doktor na to: „Ja chyba panią skądś znam, czy pani zdjęcie nie pojawiło się czasem przy artykule o tej wielkiej ucieczce ze szpitala psychiatrycznego?”…
Adam: „Nie, panie doktorze, ja nadal w nim siedzę!”…

#scenyzżyciaprzedmałżeńskiego
Teś: „Czy ty, Teś, bierzesz sobie tego oto Dasia za kocura?”, „Miau!”. „A czy ty, Daś, bierzesz sobie tę oto Teś za kotkę?”, „Mrau!”. „Na mocy danej mi przez urząd ogłaszam was…”
Adam: „…nowymi pacjentami naszego szpitala psychiatrycznego”.
Teś: Czyli mówisz, że mam nie dodawać kawałka: „Możecie obwąchać swoje odbyty”?