„Koniec pieśni” Wojciecha Zembatego – recenzja dla Efantastyki

Mity arturiańskie to dziedzictwo kulturowe, z którego fantastyka czerpie pełnymi garściami, nic jednak nie wskazuje na to, by źródło miało się rychło wyczerpać. Świadczą o tym kolejne udane fabuły inspirowane losami Artura, Ginewry czy otaczających ich rycerzy. Poszukiwanie Graala, Ekskalibur, Camelot… te słowa, gęste od znaczeń, wciąż rozpalają wyobraźnię. Zainspirowały także Wojciecha Zembatego do napisania debiutanckiej powieści.

Trudno mi było uwierzyć, że Koniec pieśni to debiut. Powieść wydała mi się wyjątkowo dopracowana, wciągnęła mnie i sprawiła, że spędziłam przy niej kilka wieczorów. Dlaczego aż tyle? Bo nie jest to czytadło do połknięcia na raz, a lektura, którą trzeba się delektować. Przebogata. Misternie spleciona z wielu elementów i oddziałująca na różne zmysły. Zembaty zgrabnie oddaje nawet kolorystykę poszczególnych krain, barwę pogorzeliska czy krajobrazu spłukanego deszczem. Gdy opisuje ucztę (oraz scenę przyrządzania sztuki mięsa – uwaga, nie czytać na głodnego!), czuć smak i zapach potraw; gdy przedstawia las zamieszkany przez demony, na ramionach czytelnika pojawia się gęsia skórka. Bogactwo i szczegółowość obrazowania przywodzi na myśl renesansowe malarstwo flamandzkie.

Ciąg dalszy recenzji znajdziecie tutaj. A ja powracam myślami do „Końca pieśni”, ponieważ zbieram się właśnie do recenzji „Głodnego słońca”, czyli najnowszej powieści Wojciecha Zembatego.

Koniec pieśni

„Księga wojny” – recenzja dla Efantastyki

Tematyka wojenna wywołuje we mnie mieszane uczucia. Częściowo fascynuje – jak w wypadku wojen napoleońskich, starożytnych czy wojny secesyjnej, kiedy indziej zaś nuży, zwłaszcza gdy mowa o I i II wojnie światowej czy powstaniach. Wówczas opowieść naprawdę musi mieć w sobie „to coś”, by mnie zainteresować. Księga wojny, czyli najnowsza antologia Agencji Wydawniczej RUNA, skusiła mnie zatem nie tyle motywem przewodnim, co nazwiskami autorów oraz fragmentami przedpremierowymi – oczekiwania względem niej miałam więc wysokie.

Ciąg dalszy recenzji znajdziecie tutaj. Kto by pomyślał, że minęło już pięć lat, odkąd napisałam ten tekst…

Księga wojny

„Baśnie barda Beedle’a” J.K. Rowling – recenzja dla Efantastyki

Jeśli wierzyć informacjom zawartym w książce, tłumaczenia tej broszurki z runów na język angielski dokonała Hermiona Granger, zaś wydanie zostało poszerzone o odnalezione przez Minerwę McGonagall notatki Albusa Dumbledore’a. Do nich z kolei sporządziła przypisy J.K. Rowling, by pozycja stała się zrozumiałą także dla mugoli (osób nieobdarzonych czarodziejskimi umiejętnościami).

Ten krótki wstęp zdradza fanom serii o Harry’m Potterze, czego moją spodziewać się po tej niepozornej, błękitnej książeczce. Sądzę jednak, że jest to pozycja, która może spodobać się także osobom, które wcześniej z przygodami młodego czarodzieja do czynienia nie miały. (czytaj dalej)

Wprawdzie recenzja jest dość wiekowa, ale ponownie stała się aktualna dzięki temu, iż J.K. Rowling rozszerza swoje uniwersum, zatem chyba warto przypomnieć o tej publikacji.

Baśnie barda Beedle'a

„Duże sprawy w małych głowach” Agnieszki Kossowskiej – recenzja dla Efantastyki

„Duże sprawy w małych głowach” zabierają nas w podróż zupełnie inną niż zwykła robić to literatura fantastyczna. Odkrywają przed nami świat, który znajduje się tuż za rogiem, ale którego często nie zauważamy. Lub – co bardziej bolesne – nie rozumiemy i przez to unikamy lub wyśmiewamy. Autorka pokazuje nam, że inność nie musi być gorsza ani straszniejsza, że świat pełen jest ciekawych ludzi, wystarczy ich tylko poznać… a do tego potrzeba jedynie szacunku dla drugiej osoby i odrobinę cierpliwości. „Duże sprawy w małych głowach” mogą być też ciekawym ćwiczeniem dla wyobraźni, bo ilu z nas zastanawiało się wcześniej, jak działa budzik czy domofon osoby niesłyszącej czy jak nalewa wodę do szklanki osoba niewidoma?

Ciąg dalszy recenzji znajdziecie tutaj. Więcej informacji o książce znajdziecie tutaj.

duze-sprawy

„Xięgi Nefasa. Trygław – władca losu” Małgorzaty Saramonowicz – polecam!

Tajemnicze obrzędy, misternie uknute sieci spisków, miłość i pożądanie przemieszane z ascetyczną religijnością, małżeństwa dynastyczne i grzeszne romanse, a w tym wszystkim splecione przeznaczeniem losy trójki niemowląt, z których jedno może w przyszłości założyć królewską koronę wielkiego kraju… Małgorzata Saramonowicz znakomicie odmalowuje realia przełomu XI i XII wieku i osadza w nich emocjonującą wizję tego, co mogło zostać przemilczane na kartach kronik.

Anna Tess Gołębiowska, Kawerna

Kolejna polecana przeze mnie powieść, czy dokładniej: powieść z wydrukowaną moją polecanką. Pełną recenzję znajdziecie tutaj.

Czytaj dalej „Xięgi Nefasa. Trygław – władca losu” Małgorzaty Saramonowicz – polecam!

„Czarna Książka” Joanny Radosz – polecam!

Po „Czarną książkę” sięgnęłam, nie mając pojęcia o żużlu i bałam się, że antologia okaże się dla mnie całkowicie niezrozumiała, ale tak się nie stało. Zamiast tego otrzymałam coś zupełnie nowego i odświeżającego; wciągające dramat i kryminał osadzone w świecie, który z jednej strony znajduje się na wyciągnięcie ręki, a z drugiej – jest odległy przeciętnemu czytelnikowi bardziej niż Śródziemie czy Westeros.
„Czarna książka” to z jednej strony obraz pewnej części rzeczywistości; historie, które mogłyby wydarzyć się naprawdę i nad którymi zwykle się nie zastanawiamy: jak wygląda życie kobiety na wysokim stanowisku w wyjątkowo męskiej branży? Jak rysują się ojcowskie uczucia mistrza, który zamiast syna doczekał się córki? Jak to jest odpowiadać za czyjeś kalectwo nabyte na torze? A z drugiej… wciągająca, emocjonująca i naprawdę mocna literatura, którą wchłonęłam jednym tchem i od razu zapragnęłam więcej.
Gdybym nie wiedziała wcześniej, że to debiut Joanny Radosz, nigdy bym w to nie uwierzyła. Jej zbiór opowiadań to wyjątkowa proza, po którą warto sięgnąć i której warto dać się porwać.

Anna Tess Gołębiowska Czytaj dalej „Czarna Książka” Joanny Radosz – polecam!

„Pieśń Lodu i Ognia” oraz teorie związane z tym cyklem

Jestem wielką miłośniczką „Pieśni Lodu i Ognia” George’a R.R. Martina oraz będącego adaptacją tej sagi serialu HBO „Gra o tron”. Jednym z powodów, dla którego jestem wierna temu tytułowi, jest niezwykła ilość poszlak i mrugnięć okiem do czytelnika, które można śledzić i analizować. Z tego powodu publikuję na Kawernie cykl „Gra o tron, czyli teoria teorię teorią pogania” i właśnie opublikowałam kolejny jej odcinek zatytułowany „Tywin Lannister nie spłodził żadnego dziecka”.

got_teorie_7-1

Zapraszam także do lektury poprzednich części cyklu:

Gra o tron, czyli teoria teorię teorią pogania: Teoria nad teorie, czyli R+L=J

Gra o tron, czyli teoria teorię teorią pogania: Ogar i Góra, czyli CleganeBowl

Gra o tron, czyli teoria teorię teorią pogania: Tajemnice Melisandre

Gra o tron, czyli teoria teorię teorią pogania: Timett władcą Doliny?

Gra o tron, czyli teoria teorię teorią pogania: Rhaegar Targaryen żyje!

Gra o tron, czyli teoria teorię teorią pogania: Jak to było z przepowiednią o Księciu, Którego Obiecano?

Nienawidzimy, by pokochać – felieton dla Efantastyki

Seriale oraz cykle książkowe mają tę przewagę nad pojedynczymi utworami, że znajduje się w nich miejsce nie tylko na zgłębienie charakteru postaci, ale też obserwowanie jego przemian – czasami licznych. Autorzy, wykorzystując to, niejednokrotnie podejmują z czytelnikiem grę – sprawiając, że jego uczucia względem danej postaci zmieniają się o 180 stopni. Chwilami sprawiają, że kochana dawniej postać stanie się znienawidzoną – co wydaje się bardziej zrozumiałe – kiedy indziej jednak rozbudzają pozytywne uczucia względem kogoś, kto wydawał się odstręczający i zepsuty na wskroś.

Chyba jednym z najgłośniejszych takich przykładów jest Jaime Lannister – nie tylko dzięki znakomitemu przedstawieniu tego bohatera przez George’a R.R. Martina w „Pieśni Lodu i Ognia”, ale także znakomitej kreacji Nikolaja Coster-Waldau, który wcielił się w rolę Królobójcy w „Grze o tron”. Właśnie, Królobójcy. Już sam przydomek Jaime’ego świadczy o tym, jakie uczucia wzbudzał w otoczeniu (oraz w czytelnikach).

Ciąg dalszy znajdziecie tutaj.

Jaime