Karma wraca? (wpis nie dotyczy fizjologii zwierząt futerkowych)

Wierzę w dobro. I wierzę, że raz wprawione w ruch, rośnie, rozmnaża się, w jakiś sposób powraca. Przed chwilą w dyskusji o kiepskich doświadczeniach randkowych na wallu znajomej jej znajomy napisał mi, że musiał zrobić sobie dużego drinka i chciałby mnie gorąco przeprosić za to, co mnie spotkało ze strony mężczyzn jako ogółu. I ten tekst uświadomił mi, że w sumie nie mam żalu.

Jasne, jest zło, jest cholernie dużo zła na świecie – i zdarzało się, że dotknęło mnie osobiście o wiele mocniej, niż bym sobie życzyła. Wkurzam się często, bo zwyczajnie nie rozumiem pewnych zachowań. Potrafię zrozumieć, że ktoś pobił czy zabił w obronie własnej czy że ktoś ukradł z biedy, ale mój mózg odmawia współpracy, kiedy próbuję zrozumieć, jak można uderzyć trzymiesięczne dziecko. Jak można skopać psa. Jak można wyrwać śmietnik z chodnika i wrzucić do rzeki. Jak można zgwałcić. To są sytuacje, które owszem – budzą we mnie agresję i nie ręczę za siebie, gdybym kiedyś była ich świadkiem.

Ale jednocześnie we mnie coś mocno wierzy, że zło generuje dalsze zło, a dobro może generować dobro. Wierzę, że jeśli wyciągniemy do kogoś rękę, to on kiedyś przypomni sobie o tym i zrobi podobnie. I że może, kiedyś, tego dobra będzie na świecie tyle, że zło zaszyje się w szarym kąciku i przestanie kąsać.

I wierzę też, że wszystko zaczyna się od drobnych gestów, dostępnych dla każdego. Od mówienia „dzień dobry” woźnym i sprzątaczkom, od traktowania z szacunkiem kelnerek czy ekspedientek, od niewyżywania się na nauczycielkach, że dziecko ma złe oceny. Zdarzało mi się pożyczyć pieniądze osobie jadącej tym samym pociągiem, kiedy ta planowała zapłacić kartą w biletomacie, a nieczynny biletomat sprawił, iż jechała bez biletu i po kontroli musiałaby wysiąść w obcym miejscu i czekać na kolejny pociąg. Zaoferowałam się sama, wygrzebałam resztki gotówki (ach, czasy plastików i kretydówek…). Ok, wymieniłyśmy się numerami telefonu, by mogła oddać pieniądze, ale nie miałam pewności, czy to zrobi. Gdy kobieta wysiadła na swojej stacji docelowej, konduktorka podeszła do mnie i zapytała: „Dlaczego właściwie pani to zrobiła?”. Odpowiedziałam, że powody były dwa. Po pierwsze byłoby mi przykro, że ktoś w paskudną pogodę będzie błąkał się po obcym mieście i szukał bankomatu (miejscowość bez dworca plus święto państwowe), a potem czekał parę godzin na kolejny pociąg, zamiast być w domu przy ciepłej herbacie i z rodziną. Po drugie mam nadzieję, że kiedyś ta pani w identycznej sytuacji zrobi to co ja… i że zwyczajnie gdybym ja była na jej miejscu, miałabym nadzieję, że ktoś mi pomoże.

Zdarzało mi się brać udział w zbiórkach na chore dzieci, na schroniska i azyle dla zwierząt, na utrzymanie małych jeżyków i na pomoc pszczołom. Zdarzało mi się stawiać obiad, kawę czy maść do skóry bezdomnym, ale też z nimi dyskutować godzinami. Widziałam człowieka płaczącego ze szczęścia, że dostał w prezencie kilogram truskawek. Oraz człowieka, który podziękował mi za zaufanie, bo gdy poprosił, żebym kupiła mu coś do jedzenia, dałam mu pieniądze. Wiem, że modne jest coś dokładnie przeciwnego: „jak dam bułkę, mam pewność, że ją zje, a pieniądze wyda na wódkę”. Niestety w tym przekazie gubi się właśnie zaufanie, że ten obcy człowiek wyda tę złotówkę, dwa czy pięć złotych na coś mu potrzebnego, a ja nie chcę być kontrolerem dyszącym mu w kark. Choć owszem, zdarzało mi się po wrzuceniu pieniążka zrobić komuś zakupy i wrócić z nimi.

Kiedyś, licząc sumiennie wypłatę, by zostało na życie, ale też na Polską Akcję Humanitarną, na akcję WOŚP-u, na dwa kocie azyle etc., usłyszałam, że przecież nie pomogę każdemu. Mam na to jedną odpowiedź: „Jeśli nie spróbuję, to na pewno nie pomogę”. Wiem, że zdarza się, że moi znajomi widząc moje zaangażowanie, sami podrzucają parę złotych. Że czasem dziękują, że przypominam o potrzebujących, bo sami nie mieliby głowy szukać, a kiedy mają pod ręką numer konta, to przelew to przecież moment. Kiedy udostępniają wyszukane przeze mnie lub podrzucone mi przez innych znajomych aukcje, mam nadzieję, że ich bliscy reagują podobnie. Że ten łańcuszek wciąż rośnie i rośnie, a razem może czynić cuda. By zoperować Emilka, internauci zebrali siedem milionów złotych. Niewyobrażalną, astronomiczną sumę, która uratowała życie małego chłopca. Stąd wiem, że jest w nas dobro. Bywa przytłoczone zmęczeniem, stresem, kiepskim samopoczuciem, problemami… ale wydobyte na powierzchnię jaśnieje i zaraża innych.

Dlatego tak ważne jest dla mnie, by na co dzień pamiętać o drugim człowieku. By pamiętać o zwierzętach, o środowisku. By słuchać o cudzych potrzebach i rozglądać się dookoła. Po prostu działać, nie czekając, aż ktoś zrobi to za nas – bo zawsze będzie fajniej, jeśli zrobimy to wspólnie.

PS. Zastanawiam się czasami, czy nie zrobić na blogu zakładki „Pomagam”, w której umieszczałabym zbiórki czy dane stowarzyszeń, na które wpłaciłam lub regularnie wpłacam pieniądze. Z jednej strony – by ich nie zgubić, ale z drugiej, przede wszystkim – by zarażać innych. Wiem, że na chwilę obecną byłaby to skala niezwykle mikro, bo i blog raczkuje, ale może kiedyś i skala urośnie? Tylko boję się, że zostałoby to potraktowane jako czcze przechwałki i pimpowanie ego, a to akurat ostatni efekt, jaki chciałabym uzyskać. I wtedy myślę, że jednak lepiej darować sobie taką zakładkę, a nagłaśniać konkretne akcje. Sama nie wiem, co lepsze…

PS2. Strasznie chciałabym być bogata. Marzę czasem, że zarabiam z jedno zero (przed przecinkiem!) więcej i o tym, jak wielu osobom mogłabym wtedy pomóc. Patrzę na jakąś zbiórkę i myślę, że zamiast 10 czy 50 złotych wpłaciłabym całą brakującą kwotę, oszczędzając komuś stresu i oczekiwania. Fajnie by było… Ma ktoś jakąś dobrze płatną ofertę? Obiecuję, że wypłata nie będzie się kisić na koncie!

Co się dzieje w szczenięcej główce?

Patrzę na Łatusię leżącą obok, zwiniętą w kłębek i śledzącą każdy mój ruch półprzymkniętymi ślepkami i włącza mi się filozof. Co my tak naprawdę wiemy o naturze zwierząt? Są rzeczy, które łatwo zaobserwować – na przykład to, że Łatka nie znosi zostawać sama i kiedy zamknie się ją choćby na chwilę (albo w drugą stronę, jedyna osoba przebywająca w domu zamknie się w toalecie), mała zaczyna piszczeć, walić w drzwi i ogólnie płakać jak małe porzucone dziecko. Na widok człowieka cieszy się, podskakuje, macha ogonkiem. Lubi być blisko.Teraz leży, ale jak tylko wstanę do kuchni, zerwie się zaraz za mną i z pyszczkiem przy mojej nogawce przemierzy tych parę metrów w tę i we w tę. Ale co dzieje się w jej łebku poza tym? Kiedy przestaję tulić, głaskać i czule przemawiać, a skupiam się na artykule, bo deadline zając?

Da się wyjaśnić, czemu gryzie smycz (i wszystko inne) albo dlaczego pochłania każdą ilość jedzenia, ale dlaczego lubi być noszona na rękach? Kiedy się zawoła: „Łatusia, na jońćki?” wręcz sama wyciąga łapki, żeby objąć człowieka za szyję i uspokaja się jak niemowlę noszone by je uśpić. Co siedzi w tej małej główce, a czego nigdy się nie dowiemy?

Bohaterka notki wdzięczy się do aparatu

O akcjach charytatywnych trochę na smutno

Dla jednych grudzień oznacza przeżycia duchowe związane z narodzinami Chrystusa, dla innych – barszcz z uszkami i kluski z makiem (to ja!), dla jeszcze innych – wiszącą nad głową inwenturę (to niestety też ja…). Są też bez wątpienia tacy, dla których to świetna okazja na flejm pod tytułem WOŚP vs. Caritas. Flejm dla mnie o tyle absurdalny, że z tego, co mi wiadomo, żadna z tych akcji nie próbuje zwalczać tej drugiej i znakomicie funkcjonowały obok siebie przez długie lata. W mojej osobistej rodzinie świeca Caritasu na wigilijnym stole była równie oczywista co serduszko WOŚP-u przyklejone do kurtki.

Argumenty krytyczne pod adresem Owsiaka zdumiewają mnie rokrocznie – z racji przejrzystych rozliczeń nie ma w ogóle co się pochylać nad tym, że kasę z Orkiestry przepija na Woodstocku i zasadniczo ich poziom niewiele odbiega od „jest satanistą i zjada koty”. Większość bazuje zresztą na jednym, szerowanym nieskończoną ilość razy tekście, który manipuluje na potęgę i nie służy niczemu poza napędzaniu jednych ludzi na drugich. Widać niektórzy mają egzotyczne hobby. Czasami trafia się też krytyka merytoryczna: że bez względu na imponujące kwoty, jakie zbiera WOŚP, to wciąż niewielkie sumy względem budżetu NFZ-u czy że Orkiestra w ogóle nie powinna być potrzebna, bo to są rzeczy do załatwienia systemowo. Cóż, jasne, że powinien zająć się tym system, ale cieszę się, że tam, gdzie ten nie domaga, znalazł się ktoś, kto potrafi skrzyknąć ludzi, żeby dodali cegiełkę od siebie. Nawet jeśli to kropla w morzu, to tych kropli już trochę się uzbierało i szpitalny sprzęt z serduszkami ratuje życie ludzi. Jeśli ten bez serduszek ratuje większą liczbę – to tylko jest się z czego cieszyć! Gdzieś w połączeniu z tym mignęło mi jeszcze, że Owsiak zajmuje się tylko medialną pomocą, bo każdy chce pomagać dzieciom, a mniej chwytliwe tematy go nie interesują. Z tym trudno dyskutować, bo po pierwsze w tym roku zbiera też na seniorów, a po drugie kaman, ochrona młodych to odruch ponadgatunkowy. Osobiście jest mi wszystko jedno, czy w danym roku WOŚP skupia się na dzieciach, seniorach czy na osobach cierpiących na nowotwory bez względu na wiek; ważne, że po pierwsze skupia się na realnej pomocy, a po drugie zajmuje się medycyną, a nie funduje lewoskrętną witaminę C, jad tropikalnej żaby czy ręce czy cieciorkę na raka.

Trudniej mi argumentować za Caritasem, nie dlatego, że mam go za siedzibę zła, tylko że z racji politycznych upodobań raczej jestem w miejscu predysponowanym do krytyki. W ogóle cały spór zaczął się od tego, że część środowisk kościelnych zaczęła tępić WOŚP, robiąc Caritasowi niedźwiedzią przysługę – bo organizacja wcześniej odbierana pozytywnie lub neutralnie znalazła się nagle w opozycji i gdy prawicowy publicysta roztkliwiał się nad tym, jak to WOŚP jest gorszym Caritasem, tak zaraz odpowiadał mu lewicowy tym, że to Caritas jest gorszym WOŚP-em. Akcja i reakcja. Podstawowym zarzutem zdaje się jest to, iż Caritas jest mniej transparentny w swoich rozliczeniach niż WOŚP (trudno nie być – choć oczywiście można brać przykład na przyszłość, skoro jest z kogo) oraz że jest katolicki. O kościele katolickim w Polsce mam zdanie delikatnie mówiąc fatalne, tyle że akurat nie widzę sensu w obrzucaniu kamieniami akurat tej jego części, która rzeczywiście zachowuje się po chrześcijańsku.

No ale na tych dwóch organizacjach się nie kończy. Ostatnimi czasy coraz częściej w mediach pojawia się trzecia akcja charytatywna… i z nią mam wyjątkowy zgrzyt. Chodzi o Szlachetną Paczkę.

Na pierwszy rzut oka idea wydaje się super: ktoś ubogi ma szansę wskazać, czego naprawdę potrzebuje, a osoby chcące nieść pomoc wiedzą dokładnie, co mogą zrobić. Niestety przesłanie paczki nie ogranicza się tylko do tego. Pewne jej elementy, w połączeniu z poglądami głównego organizatora, który jest twarzą Paczki i chciałby być drugim Owsiakiem, ale nie potrafi, stają się wręcz obrzydliwe.

Chodzi, mianowicie, o poglądy ks. Jacka Stryczka na biedę (i bogactwo). Mężczyzna przedstawia się jako osoba kontrowersyjna i rzeczywiście – kontrowersji jest w nim mniej więcej tyle, co w Kubie Wojewódzkim wbijającym flagę w gówno. Innymi słowy: dużo krzyku, zero sensu. niesmak spory. Stryczek udziela jednego wywiadu za drugim, a we wszystkich chwali się m.in. swoim odkrywczym podejściem do Biblii (Jezus kochał bogatych i biznesmenów, a bogactwo jest cnotą), nie do końca przystającym do tego, co mówi choćby głowa kościoła, ale kto by się przejmował jakimś argentyńskim kolesiem sprawującym władzę w Watykanie, przecież żyjemy w kraju Lichenia i Jezusa Świebodzińskiego, każdy Polak dobrze wie, że Bóg lubi, jak jest na bogato. No ale pal licho z tym – niespecjalnie mnie obchodzi, co według dowolnego duchownego aprobuje jego bóstwo tak długo, aż ten nie wpycha mi wymogów tejże aprobaty w legislację. Prawdziwy problem pojawia się wtedy, kiedy Stryczek zaczyna mówić o biedzie. I łatwo się domyślić, co mówi – skoro bogactwo dowodzi błogosławieństwa Bożego… Long story short: biedni są biedni za karę. Zaś Szlachetna Paczka wcale nie służy temu, by im w tej biedzie ulżyć, a temu, by z niej wyszli. Tak, jednorazowa pomoc. Która może zawierać na przykład koc i serek Danio. Żebyśmy mieli jasność: uważam, że jeśli jakieś dziecko marzy o serku Danio, ponieważ stanowi ono luksus nie do osiągnięcia, to osoba, która mu ten serek wręcza, robi coś dobrego. Najlepiej zaś, jeśli dziecko dostałoby 365 serków Danio i nie musiało się martwić o nie aż do następnej Gwiazdki. Problem pojawia się wtedy, kiedy rodzina tego dziecka po takiej pomocy usłyszy, że nie kwalifikuje się na nią ponownie, ponieważ skoro cały czas jest biedna, to sama jest sobie winna. Osoba, która głosi takie poglądy, robi coś cholernie złego. Takie poglądy głosi Stryczek oraz – niestety – przelewa je na swoją akcję, czyli Szlachetną Paczkę. Jej regulamin zakłada, że prawo do pomocy rodzina ma raz, pomijając sytuacje wyjątkowe. I co prawda znajomi wolontariusze wspierający Paczkę zapewniają, że oni potrafią te sytuacje odpowiednio naciągnąć, żeby robić coś dobrego mimo Stryczka… Ale jakby nie o to chodzi. Bądźmy szczerzy: kiedy wspieram jakąś akcję i zapoznaję się z jej regulaminem, to zakładam, że będzie on przestrzegany, a nie – że wspieram coś mimo regulaminu, bo i tak się go złamie.

I stąd mój zgrzyt: z jednej strony nie mam wątpliwości, że wolontariusze czy ludzie wspierający Szlachetną Paczkę robią coś dobrego i zapewne większość z nich robi to z fajnych pobudek (spotkałam się z paroma wyjątkowo przykrymi osobami z tego grona, ale nie mam powodów podejrzewać, że stanowią oni obraz „przeciętnego wolontariusza Szlachetnej Paczki”). Z drugiej: cała ich ogromna praca i zaangażowanie napędza jednocześnie medialną karierę Stryczka wraz z jego obrzydliwymi, groźnymi poglądami. I, szczerze mówiąc, nie mam wniosków do tej sytuacji. Nie potrafię powiedzieć: „Nie wspieraj Paczki”, bo dla tych konkretnych rodzin jest to konkretna pomoc. Ale hasło: „Wspieraj Paczkę” więźnie mi w gardle, kiedy myślę, co mimowolnie promuje każdy wspierający.

Jeśli ktoś ma złudzenia, że Szlachetna Paczka Szlachetną Paczką, nie ma znaczenia, kto ją wymyślił, podsyłam obrazek ze strony akcji:

Ta laurka (to zresztą zaledwie jej fragment) znajduje się pod domeną szlachetnapaczka.pl. Próżno szukać czegoś takiego na stronie WOŚP-u – owszem, jest tam link do vloga Jurka Owsiaka i na tym koniec. Klik, opuszczamy stronę Wielkiej Orkiestry. Żadnych laurek czy galerii z Owsiakiem w pelerynce lecącym nad polem Woodstocku…

Nie jest to sytuacja: „Ok, nie lubię Owsiaka i Woodstocku, więc nie dam na WOŚP” – bo jako żywo żaden z uczestników czy organizatorów Woodstocku nie przyszedł pić pod sprzętem z serduszkiem. To rozłączne imprezy i gdyby Owsiak prowadził Kurs Ogrodnictwa, byłoby to tak samo rozłączne. Stryczek zaś w zasadach swojej akcji charytatywnej przekazuje swoją ideologię, a także hojnie zapełnia strony tejże akcji wywiadami z samym sobą. To nie są tylko poglądy autora, to jest ich realizacja. Co w połączeniu z ogromną pracą wolontariuszy jest po prostu straszliwie przykre.

A jeśli ktoś z Was, czytając mój tekst, zagotował się w myśl: „Co za bzdury, przecież to święta prawda, biedni są sami sobie winni!”, to… szczerze mówiąc, strasznie mi smutno. Smutek to moja najczęstsza reakcja na brak empatii czy refleksji.

Aby biedni byli sami sobie winni, musielibyśmy mieć wszyscy równy start. Tymczasem jeśli nasze życie jest wyścigiem szczurów, to niektórzy biegną bez łapek, w opasce na oczach i okrężną trasą najeżoną wnykami.

Pomyślcie, ile rzeczy definiuje nas już na starcie. Nie chodzi tylko o to, czy rodzice mieli na korepetycje, a przy przeładowanych programach czy pechu w postaci trafienia na niekompetentnego nauczyciela czasem jedynie korki są w stanie pomóc w zdobyciu rzetelnej wiedzy. Chodzi o to, czy mieliśmy swój pokój lub choć swoje biurko do spokojnej nauki. Czy w tej nauce nie przeszkadzały alkoholowe libacje… pół biedy, jeśli niepołączone z molestowaniem nieletnich obecnych w domu. Chodzi o to, czy po szkole mogliśmy wyjść na boisko, by wieczorem odrabiać lekcje, czy zamiast tego chodziliśmy zbierać złom, by wieczorem przysnąć na zeszycie. A może zajęcia dodatkowe? Czy ktoś przewiduje zniżki dla osób, których domowy budżet wynosi 50 groszy dziennie?

W dodatku bieda to nie tylko kwestia braku pieniędzy. To też poczucie beznadziei. Jeśli jedyną ofertą pracy, jaką znalazł bezrobotny, jest opcja stróża za 4,50 zł/h bez świadczeń, to nie poczuje on, że złapał Pana Boga za nogi. Praca nie zaspokaja tylko materialnych potrzeb. Ważny jest też stan psychiczny pracującego. Praca może nam dać poczucie realizacji czy własnej wartości. Jakim cudem dowartościowany ma się czuć ktoś, kto otrzymuje wynagrodzenie w wysokości 720 złotych miesięcznie? W dodatku pracujący w wątpliwych warunkach, bo ktoś szanujący pracownika w pierwszej kolejności nie zaoferowałby takiej stawki…

Zdarzyło mi się pracować na śmieciówce za koszmarne pieniądze (choć i tak nie najgorsze, jakie pojawiały się w ogłoszeniach) w połączeniu z mobbingiem. Po dwóch miesiącach takiej pracy zaczynałam czuć się zerem. Notoryczna krytyka, fatalne warunki, wrzaski, bezpłatne nadgodziny i ciągłe pomiatanie w połączeniu z notorycznym zapierdolem (kiedy jedna osoba musiała wykonywać obowiązki rozpisane dla trzech) zmieniały młodą dziewczynę pełną zapału w kupkę nieszczęścia. Tyle że ja miałam ten przywilej, że kiedy przestawałam wytrzymać, mogłam wstać i wyjść. Momentalnie, bo wiedziałam, że brak wypłaty mnie nie zabije. Jak ma się czuć ktoś, dla którego tych kilkaset złotych stanowi być albo nie być? Przesądza o opłaceniu rachunków, wykupieniu leków czy jedzenia? Kiedy na szali leżą nowe buty dla dziecka, bo ze starych wyrosło?

W momencie, kiedy ktoś zostanie tak przeorany przez życie i tkwi w beznadziei latami, to nie jest kwestia chcenia lub niechcenia. Absolutną podstawą jest uwierzenie w to, że może być lepiej. A po którejś z kolei próbie o wiarę trudno nawet wtedy, kiedy miało się świetny start i problemy pojawiły się dopiero potem. Jak trudno musi być, kiedy i start był mocno pod górę?

Jest w naszej wizji świata miejsce dla terapeutów dla ludzi bogatych (a przynajmniej średniozamożnych), którzy czują się wypaleni w pracy. Co ma powiedzieć ktoś, kto szukając pracy usłyszał na dzień dobry, że nie nadaje się nawet na zmywak czy do szorowania kibla? I tak przez pięć… dziesięć… trzydzieści lat.

Jasne, są osoby zmotywowane, pełne sił i chęci. Podziwiam je, cholernie. To są cholerni herosi, którzy nie dali się złamać. Ale samo to, że ktoś nie jest herosem, nie powinno oznaczyć, że mamy opluwać go jako roszczeniową patologię…

Powiedzmy sobie szczerze, kiedy zasiłek wynosi mniej więcej tyle, ile wynagrodzenie w pracy, tyle że ta praca przy okazji nie załatwia żadnych świadczeń, funduje natomiast zmęczenie fizyczne i psychiczne, to taka praca nie wydaje się perspektywą „odbicia się”. A gdy ktoś czuje się przegrany i nie widzi przed sobą najmniejszego światełka nadziei, to nie pomogłaby mu paczka nawet zawierająca czek opiewający nawet na milion złotych. Niestety praca u podstaw i działania systemowe nie brzmią tak wdzięcznie, by nazwać się „Pogromcą Biedy” w superbohaterskiej pelerynce.

Dlaczego nie jestem wegetarianką?

Pytanie może wydawać się głupie. W końcu – po co w ogóle na nie odpowiadać? Nie jestem zwolenniczką zaglądania innym do talerzy i oceniania ich przez pryzmat tego, co się na nich znajduje, ale wegetarianizm to jednak więcej niż tylko dieta. W dodatku wyjątkowo intensywnie wyszydzana, przez co szlag mnie regularnie trafia.

Mam w życiu epizod rezygnacji z mięsa, trwał pięć lat. Można więc powiedzieć, że w tę stronę sporu wczuć mi się łatwo, w końcu been there, done that. Nie jadłam mięsa, nie kupowałam nowych skórzanych rzeczy.

Odyn nie dyskryminuje jedzenia. Da szansę nawet brokułom.

Nie zabijałam zwierząt, co może zabrzmieć abstrakcyjnie, ale przypominam, że zwierzęciem jest też pająk czy mucha. Już jako dzieciak zaczęłam przeprowadzać ślimaki przez ulicę, by uniknęły rozdeptania, kontynuuję to do dziś. Przechodnie miewają ubaw, kiedy stara dupa klęczy w brudzie i błocie, by wyzbierać i przenieść w bezpieczne miejsce kilkanaście ślimaków… trudno. To zwierzątko jest żywą istotą i nie mam pojęcia, czemu miałoby kończyć rozdeptane na środku chodnika tylko dlatego, że komuś się spieszyło. Mój dziecięcy pokój wyglądał zwykle jak obraz nędzy i rozpaczy, bo na każdą sugestię posprzątania pajęczyn reagowałam wykładem o gigancie, który mógłby przyjść zburzyć nasz dom, bo mu się nie podobał. Do tej pory zresztą rodzice potrafią dać mi cynk, że zamieszkał u nich Krzyżuś bądź Franciszek i mam go eksmitować, bo oni z rzeczy na „e” wybiorą eutanazję. Jako ośmiolatka na koloniach prawie przyprawiłam opiekunki o zawał, bo kiedy jedna z nich na widok malutkiego zaskrońca na schodach prowadzących na plażę zaczęła wrzeszczeć: „zabierzcie to, zabijcie to” zareagowałam od razu: wzięłam wężyka w ręce i zaniosłam na jakiś fajny kamień poza główną ścieżką, a na pożegnane pocałowałam w łebek. Niewykluczone, że histeria opiekunki wynikała z wizji, że dziecko właśnie całuje żmiję, ale dziecko było wyluzowane na 100%, bo przecież odróżnienie tych dwóch gatunków to banał.  Czytaj dalej Dlaczego nie jestem wegetarianką?

Mała Teś w wielkim świecie

Zapadła noc, zielone kropki na fejsie powoli gasną, moi znajomi zasypiają. Adam śpi, rodzice przysypiają. Łatka pochrapuje wtulona w mojego tatę, a Zuzka szuka sobie kryjówki i w ciszy słychać wyłącznie opuszki jej łapek, gdy przemyka między pokojami lub bada stabilność stosu książek.

A ja skończyłam teksty zaplanowane na dziś, bo najlepiej pracuje mi się wieczorami, zrobiłam nawet niespodziewane tłumaczenie korespondencji naczelnego na czeski i powoli próbuję wyciszyć umysł, żeby zasnąć. Tylko że ten, zamiast odpływać, przywołuje myśli z całego dnia. Czytaj dalej Mała Teś w wielkim świecie

Tak wiele mamy do zrobienia

Czasami mnie to przerasta.

Myślę o pani Jadwidze, dla której zrzucamy się na węgiel, ponieważ odmówiono jej przyjęcia do ośrodka dla bezdomnych, ponieważ jej renta jest zbyt niska, by pokryć koszt utrzymania, a zbyt wysoka, by zasłużyła na dofinansowanie, wskutek czego została bez wody i prądu w nieogrzewanej ruderze.

Myślę o Łatce, czyli szczeniaku, którym opiekuję się od kilku miesięcy. Widać, że mała została za wcześnie odłączona od matki, że była głodzona i zamykana, przez co panicznie boi się zostać sama i cały czas próbuje wykradać jedzenie i najeść się na zapas. A dodatkowo wiem, że spuszczał ją przy ruchliwej drodze, wskutek czego wpadła pod samochód, gdzie ją porzucił.  Czytaj dalej Tak wiele mamy do zrobienia