„Koniec pieśni” Wojciecha Zembatego – recenzja dla Efantastyki

Mity arturiańskie to dziedzictwo kulturowe, z którego fantastyka czerpie pełnymi garściami, nic jednak nie wskazuje na to, by źródło miało się rychło wyczerpać. Świadczą o tym kolejne udane fabuły inspirowane losami Artura, Ginewry czy otaczających ich rycerzy. Poszukiwanie Graala, Ekskalibur, Camelot… te słowa, gęste od znaczeń, wciąż rozpalają wyobraźnię. Zainspirowały także Wojciecha Zembatego do napisania debiutanckiej powieści.

Trudno mi było uwierzyć, że Koniec pieśni to debiut. Powieść wydała mi się wyjątkowo dopracowana, wciągnęła mnie i sprawiła, że spędziłam przy niej kilka wieczorów. Dlaczego aż tyle? Bo nie jest to czytadło do połknięcia na raz, a lektura, którą trzeba się delektować. Przebogata. Misternie spleciona z wielu elementów i oddziałująca na różne zmysły. Zembaty zgrabnie oddaje nawet kolorystykę poszczególnych krain, barwę pogorzeliska czy krajobrazu spłukanego deszczem. Gdy opisuje ucztę (oraz scenę przyrządzania sztuki mięsa – uwaga, nie czytać na głodnego!), czuć smak i zapach potraw; gdy przedstawia las zamieszkany przez demony, na ramionach czytelnika pojawia się gęsia skórka. Bogactwo i szczegółowość obrazowania przywodzi na myśl renesansowe malarstwo flamandzkie.

Ciąg dalszy recenzji znajdziecie tutaj. A ja powracam myślami do „Końca pieśni”, ponieważ zbieram się właśnie do recenzji „Głodnego słońca”, czyli najnowszej powieści Wojciecha Zembatego.

Koniec pieśni