Karma wraca? (wpis nie dotyczy fizjologii zwierząt futerkowych)

Wierzę w dobro. I wierzę, że raz wprawione w ruch, rośnie, rozmnaża się, w jakiś sposób powraca. Przed chwilą w dyskusji o kiepskich doświadczeniach randkowych na wallu znajomej jej znajomy napisał mi, że musiał zrobić sobie dużego drinka i chciałby mnie gorąco przeprosić za to, co mnie spotkało ze strony mężczyzn jako ogółu. I ten tekst uświadomił mi, że w sumie nie mam żalu.

Jasne, jest zło, jest cholernie dużo zła na świecie – i zdarzało się, że dotknęło mnie osobiście o wiele mocniej, niż bym sobie życzyła. Wkurzam się często, bo zwyczajnie nie rozumiem pewnych zachowań. Potrafię zrozumieć, że ktoś pobił czy zabił w obronie własnej czy że ktoś ukradł z biedy, ale mój mózg odmawia współpracy, kiedy próbuję zrozumieć, jak można uderzyć trzymiesięczne dziecko. Jak można skopać psa. Jak można wyrwać śmietnik z chodnika i wrzucić do rzeki. Jak można zgwałcić. To są sytuacje, które owszem – budzą we mnie agresję i nie ręczę za siebie, gdybym kiedyś była ich świadkiem.

Ale jednocześnie we mnie coś mocno wierzy, że zło generuje dalsze zło, a dobro może generować dobro. Wierzę, że jeśli wyciągniemy do kogoś rękę, to on kiedyś przypomni sobie o tym i zrobi podobnie. I że może, kiedyś, tego dobra będzie na świecie tyle, że zło zaszyje się w szarym kąciku i przestanie kąsać.

I wierzę też, że wszystko zaczyna się od drobnych gestów, dostępnych dla każdego. Od mówienia „dzień dobry” woźnym i sprzątaczkom, od traktowania z szacunkiem kelnerek czy ekspedientek, od niewyżywania się na nauczycielkach, że dziecko ma złe oceny. Zdarzało mi się pożyczyć pieniądze osobie jadącej tym samym pociągiem, kiedy ta planowała zapłacić kartą w biletomacie, a nieczynny biletomat sprawił, iż jechała bez biletu i po kontroli musiałaby wysiąść w obcym miejscu i czekać na kolejny pociąg. Zaoferowałam się sama, wygrzebałam resztki gotówki (ach, czasy plastików i kretydówek…). Ok, wymieniłyśmy się numerami telefonu, by mogła oddać pieniądze, ale nie miałam pewności, czy to zrobi. Gdy kobieta wysiadła na swojej stacji docelowej, konduktorka podeszła do mnie i zapytała: „Dlaczego właściwie pani to zrobiła?”. Odpowiedziałam, że powody były dwa. Po pierwsze byłoby mi przykro, że ktoś w paskudną pogodę będzie błąkał się po obcym mieście i szukał bankomatu (miejscowość bez dworca plus święto państwowe), a potem czekał parę godzin na kolejny pociąg, zamiast być w domu przy ciepłej herbacie i z rodziną. Po drugie mam nadzieję, że kiedyś ta pani w identycznej sytuacji zrobi to co ja… i że zwyczajnie gdybym ja była na jej miejscu, miałabym nadzieję, że ktoś mi pomoże.

Zdarzało mi się brać udział w zbiórkach na chore dzieci, na schroniska i azyle dla zwierząt, na utrzymanie małych jeżyków i na pomoc pszczołom. Zdarzało mi się stawiać obiad, kawę czy maść do skóry bezdomnym, ale też z nimi dyskutować godzinami. Widziałam człowieka płaczącego ze szczęścia, że dostał w prezencie kilogram truskawek. Oraz człowieka, który podziękował mi za zaufanie, bo gdy poprosił, żebym kupiła mu coś do jedzenia, dałam mu pieniądze. Wiem, że modne jest coś dokładnie przeciwnego: „jak dam bułkę, mam pewność, że ją zje, a pieniądze wyda na wódkę”. Niestety w tym przekazie gubi się właśnie zaufanie, że ten obcy człowiek wyda tę złotówkę, dwa czy pięć złotych na coś mu potrzebnego, a ja nie chcę być kontrolerem dyszącym mu w kark. Choć owszem, zdarzało mi się po wrzuceniu pieniążka zrobić komuś zakupy i wrócić z nimi.

Kiedyś, licząc sumiennie wypłatę, by zostało na życie, ale też na Polską Akcję Humanitarną, na akcję WOŚP-u, na dwa kocie azyle etc., usłyszałam, że przecież nie pomogę każdemu. Mam na to jedną odpowiedź: „Jeśli nie spróbuję, to na pewno nie pomogę”. Wiem, że zdarza się, że moi znajomi widząc moje zaangażowanie, sami podrzucają parę złotych. Że czasem dziękują, że przypominam o potrzebujących, bo sami nie mieliby głowy szukać, a kiedy mają pod ręką numer konta, to przelew to przecież moment. Kiedy udostępniają wyszukane przeze mnie lub podrzucone mi przez innych znajomych aukcje, mam nadzieję, że ich bliscy reagują podobnie. Że ten łańcuszek wciąż rośnie i rośnie, a razem może czynić cuda. By zoperować Emilka, internauci zebrali siedem milionów złotych. Niewyobrażalną, astronomiczną sumę, która uratowała życie małego chłopca. Stąd wiem, że jest w nas dobro. Bywa przytłoczone zmęczeniem, stresem, kiepskim samopoczuciem, problemami… ale wydobyte na powierzchnię jaśnieje i zaraża innych.

Dlatego tak ważne jest dla mnie, by na co dzień pamiętać o drugim człowieku. By pamiętać o zwierzętach, o środowisku. By słuchać o cudzych potrzebach i rozglądać się dookoła. Po prostu działać, nie czekając, aż ktoś zrobi to za nas – bo zawsze będzie fajniej, jeśli zrobimy to wspólnie.

PS. Zastanawiam się czasami, czy nie zrobić na blogu zakładki „Pomagam”, w której umieszczałabym zbiórki czy dane stowarzyszeń, na które wpłaciłam lub regularnie wpłacam pieniądze. Z jednej strony – by ich nie zgubić, ale z drugiej, przede wszystkim – by zarażać innych. Wiem, że na chwilę obecną byłaby to skala niezwykle mikro, bo i blog raczkuje, ale może kiedyś i skala urośnie? Tylko boję się, że zostałoby to potraktowane jako czcze przechwałki i pimpowanie ego, a to akurat ostatni efekt, jaki chciałabym uzyskać. I wtedy myślę, że jednak lepiej darować sobie taką zakładkę, a nagłaśniać konkretne akcje. Sama nie wiem, co lepsze…

PS2. Strasznie chciałabym być bogata. Marzę czasem, że zarabiam z jedno zero (przed przecinkiem!) więcej i o tym, jak wielu osobom mogłabym wtedy pomóc. Patrzę na jakąś zbiórkę i myślę, że zamiast 10 czy 50 złotych wpłaciłabym całą brakującą kwotę, oszczędzając komuś stresu i oczekiwania. Fajnie by było… Ma ktoś jakąś dobrze płatną ofertę? Obiecuję, że wypłata nie będzie się kisić na koncie!

Co się dzieje w szczenięcej główce?

Patrzę na Łatusię leżącą obok, zwiniętą w kłębek i śledzącą każdy mój ruch półprzymkniętymi ślepkami i włącza mi się filozof. Co my tak naprawdę wiemy o naturze zwierząt? Są rzeczy, które łatwo zaobserwować – na przykład to, że Łatka nie znosi zostawać sama i kiedy zamknie się ją choćby na chwilę (albo w drugą stronę, jedyna osoba przebywająca w domu zamknie się w toalecie), mała zaczyna piszczeć, walić w drzwi i ogólnie płakać jak małe porzucone dziecko. Na widok człowieka cieszy się, podskakuje, macha ogonkiem. Lubi być blisko.Teraz leży, ale jak tylko wstanę do kuchni, zerwie się zaraz za mną i z pyszczkiem przy mojej nogawce przemierzy tych parę metrów w tę i we w tę. Ale co dzieje się w jej łebku poza tym? Kiedy przestaję tulić, głaskać i czule przemawiać, a skupiam się na artykule, bo deadline zając?

Da się wyjaśnić, czemu gryzie smycz (i wszystko inne) albo dlaczego pochłania każdą ilość jedzenia, ale dlaczego lubi być noszona na rękach? Kiedy się zawoła: „Łatusia, na jońćki?” wręcz sama wyciąga łapki, żeby objąć człowieka za szyję i uspokaja się jak niemowlę noszone by je uśpić. Co siedzi w tej małej główce, a czego nigdy się nie dowiemy?

Bohaterka notki wdzięczy się do aparatu

Od pierwszego wejrzenia… – czyli parę słów o kocurze, którego niestety nie mogę przygarnąć

Uwaga, wpis zawiera zdjęcia, które mogą zostać uznane za drastyczne.
A dokładniej: zdjęcia niepełnosprawnych kotów na początku leczenia.

Dawno nie poczułam czegoś takiego… Oglądam dziennie dziesiątki, jak nie setki zdjęć kotów – na różnych śmiesznych stronach, na fanpage’ach azylów i schronisk, przy okazji rozmaitych zbiórek… Nasze rodzinne stadko codziennie dostarcza nam radości i pokazuje, że kocia pomysłowość nie zna granic. Ale dawno moje serce nie zabiło aż tak na widok jednej prostej fotografii.

Podopiecznego fundacji Ja pacze sercem zajmującej się kotami niewidomymi i niedowidzącymi, Ignasia.  Czytaj dalej Od pierwszego wejrzenia… – czyli parę słów o kocurze, którego niestety nie mogę przygarnąć

Dlaczego nie jestem wegetarianką?

Pytanie może wydawać się głupie. W końcu – po co w ogóle na nie odpowiadać? Nie jestem zwolenniczką zaglądania innym do talerzy i oceniania ich przez pryzmat tego, co się na nich znajduje, ale wegetarianizm to jednak więcej niż tylko dieta. W dodatku wyjątkowo intensywnie wyszydzana, przez co szlag mnie regularnie trafia.

Mam w życiu epizod rezygnacji z mięsa, trwał pięć lat. Można więc powiedzieć, że w tę stronę sporu wczuć mi się łatwo, w końcu been there, done that. Nie jadłam mięsa, nie kupowałam nowych skórzanych rzeczy.

Odyn nie dyskryminuje jedzenia. Da szansę nawet brokułom.

Nie zabijałam zwierząt, co może zabrzmieć abstrakcyjnie, ale przypominam, że zwierzęciem jest też pająk czy mucha. Już jako dzieciak zaczęłam przeprowadzać ślimaki przez ulicę, by uniknęły rozdeptania, kontynuuję to do dziś. Przechodnie miewają ubaw, kiedy stara dupa klęczy w brudzie i błocie, by wyzbierać i przenieść w bezpieczne miejsce kilkanaście ślimaków… trudno. To zwierzątko jest żywą istotą i nie mam pojęcia, czemu miałoby kończyć rozdeptane na środku chodnika tylko dlatego, że komuś się spieszyło. Mój dziecięcy pokój wyglądał zwykle jak obraz nędzy i rozpaczy, bo na każdą sugestię posprzątania pajęczyn reagowałam wykładem o gigancie, który mógłby przyjść zburzyć nasz dom, bo mu się nie podobał. Do tej pory zresztą rodzice potrafią dać mi cynk, że zamieszkał u nich Krzyżuś bądź Franciszek i mam go eksmitować, bo oni z rzeczy na „e” wybiorą eutanazję. Jako ośmiolatka na koloniach prawie przyprawiłam opiekunki o zawał, bo kiedy jedna z nich na widok malutkiego zaskrońca na schodach prowadzących na plażę zaczęła wrzeszczeć: „zabierzcie to, zabijcie to” zareagowałam od razu: wzięłam wężyka w ręce i zaniosłam na jakiś fajny kamień poza główną ścieżką, a na pożegnane pocałowałam w łebek. Niewykluczone, że histeria opiekunki wynikała z wizji, że dziecko właśnie całuje żmiję, ale dziecko było wyluzowane na 100%, bo przecież odróżnienie tych dwóch gatunków to banał.  Czytaj dalej Dlaczego nie jestem wegetarianką?

KOTferencja (19.11.2016) – relacja

KOTferencja kupiła mnie już samą nazwą. Zorganizowana została przez firmę mykotty.pl; prowadzoną przez zapalonych kociarzy. Dodatkowego plusa zyskali tym, że trzy bilety wstępu na konferencję przeznaczyli na licytację, z której zysk przeznaczony był na podopiecznych Fundacji Koci Pazur, której kibicuję i którą wspieram od dłuższego czasu.

KOTferencja

Ok, powiedzmy wprost: możliwość uzupełnienia wiedzy o kotach sprawiła, że zajarałam się bardziej niż kabelek od ładowarki na zdjęciu ze słodkim kotkiem. Zalicytowałam dwa bilety, wygrałam obie licytacje. Mój prawie-że-mąż niestety nie dostał wolnego, więc pojechałam z mamą, takoż kociarą, a przy okazji lekarzem weterynarii.

Kotek z kabelkiem

 

Opis na stronie mykotty.pl głosił:

KOTferencja jest pierwszą ogólnopolską konferencją dla opiekunów kotów, podczas której specjaliści z dziedziny zdrowia, żywienia, behawioryzmu oraz codziennego życia z kotami, podzielą się swoją cenną wiedzą.
Dzięki KOTferencji lepiej zrozumiesz swojego kota, zadbasz o jego zdrowie oraz poznasz metody pracy lekarzy weterynarii, dietetyka, behawiorysty oraz autorki kociego bloga.

A jak to wypadło w praktyce?

Czytaj dalej KOTferencja (19.11.2016) – relacja