KOTferencja (19.11.2016) – relacja

KOTferencja kupiła mnie już samą nazwą. Zorganizowana została przez firmę mykotty.pl; prowadzoną przez zapalonych kociarzy. Dodatkowego plusa zyskali tym, że trzy bilety wstępu na konferencję przeznaczyli na licytację, z której zysk przeznaczony był na podopiecznych Fundacji Koci Pazur, której kibicuję i którą wspieram od dłuższego czasu.

KOTferencja

Ok, powiedzmy wprost: możliwość uzupełnienia wiedzy o kotach sprawiła, że zajarałam się bardziej niż kabelek od ładowarki na zdjęciu ze słodkim kotkiem. Zalicytowałam dwa bilety, wygrałam obie licytacje. Mój prawie-że-mąż niestety nie dostał wolnego, więc pojechałam z mamą, takoż kociarą, a przy okazji lekarzem weterynarii.

Kotek z kabelkiem

 

Opis na stronie mykotty.pl głosił:

KOTferencja jest pierwszą ogólnopolską konferencją dla opiekunów kotów, podczas której specjaliści z dziedziny zdrowia, żywienia, behawioryzmu oraz codziennego życia z kotami, podzielą się swoją cenną wiedzą.
Dzięki KOTferencji lepiej zrozumiesz swojego kota, zadbasz o jego zdrowie oraz poznasz metody pracy lekarzy weterynarii, dietetyka, behawiorysty oraz autorki kociego bloga.

A jak to wypadło w praktyce?

W skrócie: wrażenia mam mocno pozytywne, ale w beczce miodu znalazły się dwa okruszki dziegciu i jedna wieeeelka łycha, o której na końcu.

W czasie KOTferencji wystąpiło sześciu prelegentów. Każdy z nich był przygotowany ze swojego zakresu, uzupełniał występ solidnie opracowaną prezentacją i (z jednym wyjątkiem, o którym na końcu) otwarty był na dyskusję i pytania także po zakończeniu występu. Do dyspozycji uczestników był stale uzupełniany stolik, na którym mieściło się wiele rodzajów ciasteczek oraz napoje do wyboru: zimna woda z cytryną i limonką, kawa i herbata. Na plus: herbata była bezglutenowa. Na minus: niestety organizatorzy zdecydowali się na napój nietypowy, z rozmaitymi dodatkami, których smak co prawda przypadł mi do gustu, ale niestety też… napar był  niesamowicie mocny. Tak mocny, że osobiście nie byłam w stanie go pić, więc posiłkowałam się zwykłą herbatą kupioną w bufecie parę pięter niżej. Na przyszłość polecałabym jednak termos więcej, by osoby, które nie przepadają za eksperymentami, mogły po prostu ugasić pragnienie. Owszem, alternatywą była woda (nie każdy pija kawę), ale w deszczowy dzień pod koniec listopada naprawdę fajnie byłoby móc się rozgrzać.

Prelekcje omówię nie po kolei.

Absolutnym mistrzostwem było wystąpienie tech. wet. mgr Marii Majki Habrowskiej „Wzbogacenie kociego środowiska – sposób na wiele problemów”. Pani Maria omówiła szczegółowo, jak wyglądają przykłady kociego środowiska, jakie są kocie potrzeby, jak można je zaspokajać, a jak absolutnie nie należy tego robić. Prezentowała zarówno przykłady pozytywne, jak i patologiczne (z materiałów zdobytych w czasie interwencji). Całość opatrzona była solidną, naukową literaturą, statystykami i tytułami, które pozwolą rozszerzyć wiedzę w tym zakresie. Kiedy biłam brawo pod koniec, miałam ochotę wstać.

Lek. wet. Katarzyna Szczepańska opracowała temat „Kocie badanie – łatwe zadanie czy wyzwanie?”. Przedstawiła interesujące kulisy pracy lekarza weterynarii, współpracy z kocim opiekunem i to, dlaczego jest ona niezbędna, a także szerzej przedstawiła swoją specjalizację, czyli radiologię. Uczestnicy mogli wynieść z wystąpienia cenne informacje odnośnie tego, jak przygotować siebie i swojego pupila na badanie, a także opowiedziała o zachodnich gabinetach weterynaryjnych koncentrujących się wyłącznie na kocich potrzebach (w Polsce lekarz weterynarii pełni funkcję nie tylko lekarza pierwszego kontaktu, ale zazwyczaj także wszystkich specjalistów… od wszystkich gatunków; od świadomości i odpowiedzialności danego weta zależy, czy trudne przypadki odeśle do specjalistów).

Z zupełnie innej strony spojrzała na koty Magdalena Kuflińska, współautorka bloga rudomi.pl poświęconego Ryśkowi i Marchewce. Tematem wystąpienia był „Koci lifestyle”. Słuchacze dowiedzieli się paru interesujących szczegółów na temat blogosfery oraz kocich blogów w szczególności, a także o tym, jak na blogowaniu zarabiać, by współpraca była interesująca dla wszystkich czterech stron (kotów, czytelników, klienta oraz blogera). Przy części poświęconej celebrykotom zabrakło mi krótkiego chociaż wspomnienia o postaciach znanych na całym świecie, jak Grumpy Cat, Colonel Meow czy Venus the Chimera Cat. Nawiasem mówiąc, dzięki ploteczkom z innymi uczestnikami konferencji, upewniłam się, że mój Odyn spełnia definicję celebrykota: zawsze niesamowicie jest usłyszeć: „TEN Odyn? To Wy go przygarnęliście? Oczywiście, że go kojarzę!”. Chyba w końcu założę moim przylepom bloga, a nie tylko profile na fejsie oraz insta

Karolina Telwikas zaprosiła do rozmowy na temat „Nowy kot w domu. Skąd? Jak? Dlaczego?”. Wystąpienie było naprawdę szerokie, uwzględniało specyfikę adopcji ze schroniska, z domu tymczasowego czy przygarnięcia zwierzaka z ulicy, ale także kupno kota z rodowodem i kwestie kocich rodowodów (z którymi sprawa jest nieco bardziej skomplikowana niż z psimi). Prelegentka opowiedziała o różnicach w przygarnięciu kocięcia, młodego kota i kociego seniora, o jedynakach i wielopakach oraz o dokoceniu domu, w którym już przebywa zwierzę (bądź dziecko). Mogłabym słuchać bez końca, bo prelekcja była wręcz naładowana wiedzą.

Małgorzata Olejnik zaprezentowała „Dietę mięsną w żywieniu kotów”, ze szczególnym uwzględnieniem BARF-a. Do tej prelekcji mam pewne zastrzeżenie: brakowało mi nieco podstaw. Pani Małgorzata bardziej przedstawiała zalety karmienia BARF-em niż informacje o tym, czym właściwie jest BARF, jakby wystąpienie zakładało, że każdy uczestnik konferencji spotkał się z tym zagadnieniem i teraz potrzebuje wyłącznie argumentów. Ja, owszem, spotkałam się, ale nie wiem, czy można to powiedzieć o całej sali i dobrze byłoby dopracować tę kwestię na przyszłość. Swoją drogą dyskusja po tej prelekcji była zdecydowanie najdłuższa i doprowadziła do wymiany informacji także między uczestnikami; np. w zakresie karmienia kotów wolnożyjących.

No a teraz ostatnia (choć chronologicznie) pierwsza prelekcja w czasie KOTferencji. Gigantyczna łyżka dziegciu przyprawiająca wręcz o mdłości. Lek. wet. Artur Kubiak i „Kot jako pacjent gabinetu komplementarnej medycyny weterynaryjnej”. Prelegent zaprezentował absolutny misz-masz medycyny z altmedowymi teoriami (zwanymi „medycyną nieakademicką”… Medycyna JEST akademicka. Jeśli coś nie jest akademickie, nie jest medycyną). Jedyną pozytywną rzeczą, jaką mogę powiedzieć w kwestii jego wystąpienia, jest to, że nie zniechęcał do chirurgii czy farmacji, a swoje dziwaczne teorie podawał jako przykłady uzupełniające. Dzięki temu było tam wszystko: operowanie raka i żywa woda, komórki macierzyste i przystawianie pijawek. Akupunktura, tradycyjna medycyna chińska, holistyczne podejście do leczenia, homeopatia… Pojedyncze sensowne wypowiedzi tonęły po prostu w pokładach wieści prosto od szarlatanów, swoją drogą Pan Artur chwilami mylił, czy mówi akurat o kotach, czy ludziach, a na zwierzęta spokojnie przenosił wszystkie teorie dotyczące tych drugich. W momencie, kiedy oznajmił, że „szczepionki dla ludzi, jak wiadomo, zawierają rtęć”, po prostu wstałam i wyszłam, trzaskając drzwiami, bo istnieje pewien poziom szarlatanerii i kłamstw, których tolerować się nie da i nie powinno. Jak później się dowiedziałam, przegapiłam dzięki temu opowieść o tym, jak pan Artur otrzymał mailem zdjęcie kota i także mailem odesłał mu dobrą energię, dzięki czemu kot ozdrowiał. Niestety nie przegapiłam mętnych wypowiedzi o „badaniach”, które być może doczekają się publikacji (informacja dla laików: by coś zostało uznane za fakt naukowy, wymaga nie tylko publikacji w fachowym czasopiśmie, ale także całkowitej powtarzalności; to, że ktoś postawił hipotezę i być może uda mu się ją jednorazowo opublikować, nie czyni czegoś badaniem naukowym) i historii o kotce z nowotworem z przerzutami, którą leczono wlewami z dobrej wody: kotka przez dwa tygodnie czuła się dobrze, a po trzech dniach odstawienia wody trzeba było poddać ją eutanazji! No dowód jak w pysk strzelił… Było tego ogółem dużo, dużo więcej i każdy, kto kiedykolwiek spotkał się z wcieraniem ciecierzycy w rany w nodze, zjadaniem bentonitu czy lewoskrętną witaminą C w ludzkim altmedzie, wyobrazi sobie poziom tego wystąpienia. Kto się nie spotkał: cóż, było tam sporo kłamstw (wspomniana rtęć w szczepionkach, ale także twierdzenie, że lekarze weterynarii leczą tylko objawy, a nigdy przyczyny, bo te biorą się z zaburzenia energii… problem polegał o tym, że omawiane było schorzenie psychosomatyczne, w którym wyraźnie podkreśla się, że podstawową przyczyną jest stres, a najważniejszą terapią – eliminacja jego źródła) i jeszcze więcej pseudo-teorii. Niestety odbieranie prawa do wykonywania zawodu w takiej sytuacji nie dotyczy lekarzy medycyny weterynaryjnej, więc zapewne promotor tych tez pozostanie bezkarny. Jedyne, co można robić, to przestrzegać przed nim.

I to miejsce na mój przekaz dla organizatorów KOTferencji: promowanie osób takich jak pan Artur Kubiak jest niebezpieczne i nieodpowiedzialne. Rozumiem, że raz mogliście popełnić wtopę i nie wiedzieć, o czym będzie się wypowiadał. Mimo tej gigantycznej wady wrażenia z KOTferencji wyniosłam pozytywne – pozostali prelegenci nie byli wszak winni, że występowali po kimś takim – i chętnie wróciłabym za rok. Niestety jeśli zobaczę to nazwisko na liście zaproszonych gości, będę zmuszona zrezygnować, ponieważ nie zgadzam się na dostarczanie odbiorców dla zakłamanych szarlatanów.

Jeszcze w skrócie o samych technikaliach: opłata konferencyjna wynosiła 199 zł (można było jednak załapać się na promocję za 159 zł lub wylicytować bilet na aukcji charytatywnej, która startowała od 140 zł). Uważam, że była zbyt wysoka: porównywalne są ceny konferencji dla lekarzy weterynarii, które uwzględniają zajęcia praktyczne, a więc koszta odczynników itp., względnie obiad. W ramach opłaty każdy otrzymywał gratis jeden numer miesięcznika „Kocie Sprawy”, ebookowy podręcznik „Zrozumieć kota”, zniżkę na zakupy w mykotty.pl oraz (to nie dotyczyło osób licytujących bilety) domek dla kota MIA z asortymentu mykotty.pl. Dostępne były wspomniane napoje oraz ciastka. Brakowało choćby symbolicznej przypinki czy smyczy, która stanowiłaby pamiątkę po KOTferencji (opaski na rękę, będące biletem wstępu, niestety trzeba było rozedrzeć celem zdjęcia, w dodatku wykonane były z papieru, co oczywiście nie wpływało na ich praktyczność, ale raczej eliminowało potraktowanie ich jako pamiątek). Sama obsługa (rejestracji, bufetu, prowadzących) była profesjonalna. Wszyscy byli sympatyczni i zorganizowani. Brakowało jedynie lepszego oznaczenia miejsca konferencji w samym budynku.

Niewielką wadą było także to, że niezwykle skromny był sklepik towarzyszący rejestracji: można było zakupić wspomniany domek MIA oraz kubki z kocim wzorem przywiezione przez jedną z prelegentek. Skoro już zabrakło przypinek dla uczestników, fajnie byłoby móc je zakupić. Niestety kubków było za wiele, a domek był drogi, natomiast gadżet za 5 – 10 złotych kupiłabym z przyjemnością. Na przyszłość proponuję zaprosić Fundację Koci Pazur, która wykonuje mnóstwo drobiazgów takich jak magnesy na lodówkę, breloczki do kluczy czy serwetki, a w dodatku zysk przeznacza na kocich podopiecznych. Także puszka na drobne przeznaczone na bezdomne koty w takim miejscu byłaby dobrym pomysłem.

Mam nadzieję, że nie była to ostatnia KOTferencja i z przyjemnością (oczywiście z uwzględnieniem zastrzeżenia powyżej) odwiedzę ją za rok.

Anna Tess Gołębiowska

Gołębiowskie na KOTferencji
Małgorzata i Anna Tess Gołębiowskie na KOTferencji, Poznań 2016

52 myśli na temat “KOTferencja (19.11.2016) – relacja”

  1. Małe zastrzeżenie – konferencje dla lekarzy zwykle zaczynają się od 500-600 zł, a warsztaty to dodatkowy koszt, raczej nie mniejszy niż 1000 zł 😉

    1. Pisałam o konferencji dla lekarzy weterynarii. Medycznych nie znam, ale troje lekarzy weterynarii w najbliższej rodzinie (mama, tata i dziadek) daje mi wgląd w tę kwestię 😉 Oczywiście konferencja konferencji nierówna, ale mówimy o jednodniowej z sześcioma prelekcjami.

          1. Pisze Pani o kociej konferencji i porównuje do konferencji dla lekarzy weterynarii… dlaczego miałabym wypalić z konferencjami dla lekarzy ludzkich? 😉 Ale przepraszam za ten skrót, chodziło o lekarzy weterynarii.
            Poproszę o namiar na konferencję z warsztatami za 200zł 🙂 nie piszę tego złośliwie, po prostu nie zgadzam się z przekłamywaniem rzeczywistości. Opiekunowie zwierząt często stawiają przed nami wiele wymagać – regularne szkolenia, nowoczesny sprzęt, a gdy przychodzi do płacenia za usługi to już jest problem. Szkolenia NIE kosztują 200zł. Chyba, że mówimy o szkoleniach SPONSOROWANYCH, gdzie są wykłady połączone z promocją danej firmy i ona je finansuje.
            Przykłady tegorocznych konferencji – VETCO 650zł, kongres PSLWMZ 600-650zł (1 dzień 320-390zł), wykład (jeden, 1,5 h) w ramach Master Class PSLWMZ 120zł, konferencja chirurgiczno-ortopedyczna 829zł-879zł. Od dawna nie widziałam konferencji schodzącej poniżej 500zł. Owszem są to 2 dni, a często 1,5 dnia (w niedzielę często ostatni wykład jest ok 13-14). Jednak zwykle nie ma możliwości wykupienia 1 dnia 😉 Do tego to są koszty wykładów, nigdy warsztatów. Ceny warsztatów nie schodzą poniżej 1000zł, a średnio kosztują ok 2 tys (są takie za 1500zł ale i takie za 3 tys czy więcej).

            150-200zł – czy to dużo? Trzeba opłacić hotel, poczęstunek, 6 prelegentów, gdzieś czytałam, że dostawało się jakiś domek dla kota.

            A już kończąc i pisząc bardziej na temat. Ciekawe wydarzenie i dobra recenzja. Cieszy zwłaszcza krytyka szarlatanerii.

          2. Dlaczego? Bo w sieci tak często dokonujemy skrótów myślowych, że można by 😉 No i też przyzwyczajenie, że tak często nawet osoby z branży mówią „weterynarz”, że zwykle, gdy ktoś mówi o lekarzu, ma na myśli „tego od ludzi” 😉

            Przykłady dwa, naprawdę pierwsze z brzegu, trzy minuty guglania, podałam niżej. Poza tym kierowałam się opinią moich rodziców, lekarzy weterynarii, którzy regularnie na konferencje jeżdżą. Nie dostałam listy, tylko informację, że za porównywalne wykłady (czyli kilka godzin) płaciło się niecałe dwieście złotych. Wiem też, że są konferencje i za tysiąc, i za dwa tysiące – no ale one obejmują już nocleg i pełne wyżywienie. Tańsze też są. Kwestia szczęścia (czy tematyka odpowiednia) i czasu poświęconego na szukanie.

            Swoją drogą taka ciekawostka – wiele konferencji humanistycznych obejmuje wstęp za free, ew. kilkadziesiąt złotych (jeśli otrzymuje się materiały konferencyjne). A opłatę konferencyjną ponoszą… wykładający 🙂 No ale to całkiem na marginesie, bo zupełnie inna branża.

            No i naprawdę, nie chodziło mi o to, że cena 200 złotych jest z kosmosu, tylko że w jej ramach symboliczna pamiątka byłaby fajna – ot, jako uwagę na przyszłość. Akurat nie raz robiłam przypinki na różne wydarzenia i koszt kupna przy kilkudziesięciu sztukach to 2-3 złote za jedną, a opcja fajna.

            Dziękuję za komplement i cieszę się, że nie jestem jedyną, którą razi promocja metod „nieakademickich”, jak zostały one określone 🙂 Pozdrawiam!

  2. Nie uważam, że było czymś nagannym zaproszenie lek. wet. Artura Kubiaka.
    Każdy z uczestników mógł ocenić i ustosunkować się do każdego z wystąpień. Zaakceptować je lub nie. Dyskutować, pytać, wątpić. To bardzo ludzkie.
    Jako wieloletni opiekun śmiertelnie chorego kota, chwytałam się różnych metod poprawienia samopoczucia umierającego zwierzęcia. Wiedziałam, że kot umrze, że medycyna konwencjonalna nie jest w stanie mu już pomóc.

    Dajmy opiekunom wybór. Co wybiorą to już inna historia.

    Cena KOTferencji – no cóż. Według mnie nie była wygórowana. Zwykle za seminaria i konferencje dot. behawioru płatność jest wyższa.
    Żeby nie być gołosłowną http://www.etovet.pl/?iii-kongres-weterynaryjnej-medycyny-behawioralnej

    1. W sytuacji kryzysowej opiekun chwyta się brzytwy i jest to zrozumiałe. Zupełnie czym innym jest dawanie tuby komuś, kto z premedytacją tę brzytwę podsuwa. Na konferencję jeździ się, by czegoś się nauczyć. Nie, by punktować *kłamstwa* prelegenta. Wypowiadane z premedytacją, bo nie wierzę, że ktoś z wyższym wykształceniem kierunkowym nigdy nie dotarł do informacji, że szczepionki nigdy nie zawierały i nie zawierają rtęci.

      Przypomnę też, że był to jedyny prelegent, który przynajmniej kilka razy wtrącił: „no, ale nie będziemy o tym dyskutować” oraz zmył się natychmiast po wystąpieniu, więc tyle w kwestii rozwiewania wątpliwości.

    2. Zapraszanie kogoś, kto na dobrą sprawę zachęca do znęcania się nad zwierzęciem jest wysoce naganne. Zwłaszcza, że ten ktoś jest lekarzem weterynarii, więc teoretycznie jest autorytetem jeśli chodzi o leczenie zwierząt.

    3. Jeżeli ktoś głosi, że wysyła energię przez internet, a jednocześnie święcie wierzy i innym próbuje wmówić, że szczepionki zawierają rtęć (a także abortowane płody, bo z takimi też się spotkałem), to dla dobra ogółu, powinien mieć zakaz głoszenia takich herezji gdziekolwiek. Potem się tylko dziwić, że istnieją ludzie, którzy wierzą, że szczepienia powodują autyzm i próbują obalać badania, które sami zlecili, aby temu dowieść, bo akurat niezależny wynik wyszedł nie po ich myśli. Co się jednak im dziwić, skoro takie brednie głosi lekarz?

      1. Ja się tylko odniosę do zakazu – oczywiście fajnie by było w teorii, ale w praktyce – zakaz ma to do siebie, że jak się zmienia „góra”, łatwo przerzucić zakazy na inną stronę. Powinno się ponosić odpowiedzialność za jawne kłamstwa, ale z wyciąganiem jej jest trudno.

        Za to bez wątpienia o organizatorach konferencji świadczy to, kogo zapraszają. Oczywiście są kwestie kompletnie nieistotne, które mieć wpływu nie powinny (czy ktoś miał mandat za przekroczenie szybkości czy to, na kogo głosuje). Ale jeśli są to kwestie bezpośrednio dotyczące tematyki wykładu? To już jest promowanie tych postaw, czyli działanie na szkodę odbiorcy.

    4. Myślę, że poprawianie samopoczucia opiekunowi chorego zwierzęcia poprzez karmienie tegoż opiekuna antynaukowymi bzdurami jest jednak naganne i łamie podstawowe standardy etyczne. No chyba że lekarze weterynarii nie mają w standardach leczenia zgodnie z współczesną wiedzą naukową, a ich normy branżowe pozwalają oszukiwać klientów. No ale wątpię jednak, by tak było.
      Co taki opiekun robi na własną rękę, to w dużej mierze (póki ewidentnie nie szkodzi zwierzęciu) jego sprawa, jednak puszczanie jawnych bzdur w ramach konferencji/warsztatu/szkolenia to już trochę inna rzecz dawanie opiekunom wyboru.

  3. Proszę podać mi gdzie odbywają się konferencje z warsztatami dla lekarzy weterynarii za 200 zł, chętnie skorzystam .

  4. A ponieważ widzę, że wszystkich najbardziej zaintrygowało wspomnienie o cenie (chociaż zauważyłam, że przy jej wysokości brakowało przypinki czy smyczy – czyli absolutnej pierdoły na pamiątkę – i że chętnie odwiedzę za rok), to pierwsze z brzegu przykłady:

    http://petbiznes.pl/egzotyka/
    Konferencja dwudniowa, 390 zł (łatwo podzielić przez dwa)

    http://pckz.edu.pl/kursy-zawodowe/warsztaty-zaawansowane-z-udzielania-pierwszej-pomocy-zwierzetom-towarzyszacym/
    Warsztaty 12 h, 250 zł

    1. Konferencja o egzotykach – nie moja działka, przeoczyłam. Nie znam innych konferencji w podobnych cenach.

      Warsztaty z pierwszej pomocy, nie powiedziałabym, żeby były skierowane w stronę lekarzy 🙂
      http://www.mastervet.pl/ tu bardziej typowe ceny warsztatów.

  5. Uważam, że Artur Kubiak przedstawił ciekawe podejście do leczenia zwierząt. Nie jest to dla każdego i nikt nikogo nie zmusza,aby korzystać z takich usług. Jednak warto wiedzieć co można jeszcze zrobić w ciężkich przypadkach. Jest wielu takich właścicieli jak ja, którzy skorzystają z każdej komplementarnej metody, widząc ze medycyna akademicka sobie nie radzi, a chce pomoc swojemu przyjacielowi. Błędem jest mówienie, ze tylko medycyna akademicka jest prawdziwa i jedyna, bo np. MEDYCYNA chińska liczy sobie 3 tys.lat
    https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Medycyna_chińska

    Co do kłamstwa o zawartości rtęci w szczepionkach – to prosze przeczytać ulotki szczepionek np.
    http://www.biomed.pl/resources/document/Ulotki_PDF/DTP_ulotka_11U004P_06.10.2015.pdf
    Co to jest tiomersal: https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Tiomersal

    Pani artykuł ładnie opisuje całą konferencję, ale na przyszłość nie mając wiedzy na pewne tematy, lepiej sie nie wypowiadać w tak oszczerczym tonie. Prosze rzetelnie, a nie emocjonalnie podejść do tematu. Nie zawsze zgadzamy sie z tym co słyszymy, jednak czy to powinno skutkować obrażaniem innych ludzi ?

    1. Tiomersal NIE JEST rtęcią. To jakby powiedzieć, że posolona potrawa zawiera chlor i sód, a z kranu wydobywają się wodór i tlen. Rozpowszechnianie informacji o RTĘCI w szczepionkach jest więc kłamstwem, w dodatku kłamstwem niebezpiecznym, ponieważ sprawia ono, ze coraz więcej osób boi się szczepień i ich unika, wskutek czego powracają choroby, które dawno zostały opanowane. Choroby, które mają ofiary śmiertelne. Ja podeszłam do tematu rzetelnie. Nierzetelnością wykazał się lek. wet. Kubiak. A przy okazji niezwykłą nieodpowiedzialnością.

      Gdyby metody stosowane przez niego były bezpieczne i skuteczne, wówczas byłyby częścią medycyny. Nazywanie praktykami medycznymi czegoś, co nią nie jest, to kłamstwo oraz manipulacja. Wróżka ze szklaną kulą stawiająca horoskopy nie udaje, że stosuje praktyki medyczne, co sprawia, że jest bardziej godna zaufania niż ten pan.

      Przykre, że stwierdzenie faktów oraz ostrzeganie przed szarlatanem ludzi, na których emocjach taki ktoś żeruje, nazywa Pani obrażaniem.

      Swoją drogą łatwo zauważyć, kto stanął w obronie tego pana. Dokładnie dwie osoby, które – załamane stanem swojego kota, któremu medycyna pomóc nie mogła (ponieważ, niestety, zarówno wśród ludzi, jak i zwierząt, pojawiają się choroby śmiertelne). Czyli dwie osoby, które wymagały wsparcia, a nie kłamstw i bajeczek, że stanie się cud i przesłana mailem energia uleczy chore zwierzę. To właśnie dlatego te praktyki są tak obrzydliwe. Celują w osoby, które chwycą się wszystkiego, bez względu na konsekwencje i cenę.

    2. W temacie rtęciowym polecam ładne opracowanie: http://www.doktor-mama.pl/2014/08/rtec-w-szczepionkach-odczarowana.html

      I najważniejszy cytat:

      Rtęć – słowo potwór

      Specjalnie użyłam w tytule słowa rtęć, bo takie frazy przyciągają uwagę. Uważam jednak, że jest to bardzo mylące określenie. Tiomersal to związek o silnym działaniu przeciwdrobnoustrojowym, metabolizowany do etylku rtęci. Stosuje się go jako konserwant w niektórych szczepionkach, co zabezpiecza je przed kolonizacją drobnoustrojami (szczególnie bakteriami i grzybami). Fakty o tiomersalu są następujące:
      Skuteczne stężenie przeciwdrobnoustrojowe tiomersalu to 0,001% do 0,01%. Szczepionki zawierające 0,01% tej substancji mają zatem 50 mikrogramów ( 0,05 miligrama) w 0,5-mililitrowej dawce.
      Dawka tiomersalu stosowanego w szczepionkach nie przekracza ilości dopuszczanej przez agencje leków. Dopuszczalne dawki etylortęci (z tiomersalu) oparte są na badaniach nad metylortęcią – dużo bardziej niebezpiecznym związku (o nim poniżej).
      Tiomersal w dawkach stosowanych w szczepionkach nie jest niebezpieczny dla organizmu ludzkiego (w tym dla najmłodszych dzieci), co zostało udowodnione w licznych badaniach naukowych prowadzonych na całym świecie.
      Nie wykazano związku z ekspozycją dziecka na tiomersal zawarty w szczepionkach, a autyzmem ani innymi chorobami neurologicznymi. W Danii oraz w Kalifornii odnotowano zwiększoną liczbę przypadków autyzmu po zaprzestaniu stosowania tiomersalu w szczepionkach (co miało miejsce na początku lat 90′). Większa świadomość społeczna, wiedza na temat autyzmu wśród lekarzy oraz zmiana kryteriów rozpoznawania tej choroby na pewno przyczyniają się do stale zwiększającej się liczby dzieci z diagnozą zaburzeń ze spektrum autyzmu.
      Etylortęć (tiomersal) nie kumuluje się w organizmie, dlatego „sumowanie dawki rtęci” jaką dziecko otrzymuje w dłuższej perspektywie czasu (chwyt stosowany przez ruchy antyszczepionkowe), jest bezpodstawne.
      Zbadano stężenie rtęci we krwi niemowląt szczepionych standardowymi szczepionkami zawierającymi tiomersal. W żadnym przypadku stężenie nie przekraczało dopuszczalnego bezpiecznego progu.
      Szczepionki zawierają znacznie mniej rtęci niż puszka tuńczyka, i nawet szczepionki zawierające 50 µg tiomersalu nie przekraczają dobowego limitu ekspozycji na rtęć obecną w środowisku. (Public Health Agency of Canada)
      Opisano pojedyncze przypadki toksycznego działania tiomersalu zawartego w produktach medycznych (ale nie szczepionkach) w latach 70′-90′. Niebezpieczne działania pojawiły się kiedy dawka tiomersalu wynosiła od 3 do kilkuset miligramów/kg masy ciała pacjenta. (Porównaj z dawką zawartą w szczepionkach, ta wydaje się teraz śmiesznie mała, prawda?)

      1. Kućwa jego melodia. Wypiję fiolkę rtęci wielkości tej szczepionki. Czystej, nie żadnych tiomersali. I pójdę na badania lekarskie.
        POD JEDNYM WARUNKIEM.
        Że ta geniuszka powyżej zobowiąże się pisemnie, publicznie i pod konsekwencją wpłaty 500 tysięcy zł na wybraną organizację charytatywną, że jeśli badania wyjdą OK to zamknie twarz ad rtęci w szczepionkach na wieki wieków.

    3. I jeszcze nieco bardziej rzetelne źródło o tradycyjnej „medycynie” chińskiej, która swój renesans w Chinach przeżyła… gdy po rewolucji wyrżnięto wielu przedstawicieli inteligencji, w tym lekarzy, a coś trzeba było ludziom wmówić.
      http://www.slate.com/articles/health_and_science/medical_examiner/2013/10/traditional_chinese_medicine_origins_mao_invented_it_but_didn_t_believe.html
      https://www.amazon.com/gp/product/0415514061/ref=as_li_ss_tl?ie=UTF8&camp=1789&creative=390957&creativeASIN=0415514061&linkCode=as2&tag=slatmaga-20

    4. To nie leczenie zwierząt, tylko znęcanie się nad nimi. „Alternatywne metody” w żaden sposób nie pomogą (serio ktoś wierzy w przesyłanie uzdrawiającej energii mailem?), a wręcz przeciwnie – wiele z nich może dodatkowo zaszkodzić.
      A szarlatanów wyciągających pieniądze od opiekunów ciężko chorych zwierząt powinno się piętnować, a nie zapraszać na konferencje.

  6. Dziękuję za szczegółową recenzję dotyczącą KOTferencji, z przyjemnością ją przeczytałam.
    Również miałam okazję wysłuchać prelegentów. Miałam to szczęście, że bilet udało mi się wygrać- mocno rozważałam jego zakup, cena jednak zwyciężyła z czego bardzo się cieszę, bo płacąc tyle, pewnie miałabym lekki niedosyt.

    W lutym tego roku byłam na ‚kocich spotkaniach’ w Schronisku w Poznaniu. Tam behawiorystka prowadziła podobny wykład nt. kociej przestrzeni- stąd ten temat nie zaciekawił mnie aż tak bardzo.
    Na temat wypowiedzi P. Kubiaka nie wypowiem się, bo zwyczajnie się na tym nie znam i nie interesuję, na słowa o przesyłaniu energii mailem po prostu się wyłączyłam.
    Prelekcja o BARFie zaskoczyła mnie o tyle, że Pani, która ją prowadziła, wypowiadała się głównie o psach. Starała się cały czas przypominać sobie, że jest na kociej konferencji, ale widać było do kogo należy jej serce;) Podobało mi się natomiast, że nie miała w sobie charakterystycznego dla mnie do tej pory dla BARFujących fanatyzmu i przekonywania, że karmy to pewna śmierć.
    Magda z Rudomi-super, na to czekałam. Piękna estetycznie prezentacja, świetne zdjęcia. Duża porcja interesujących wiadomości.
    „Kocie badanie…”- lekkostrawne, bardzo dla mnie trafne wystąpienie. Dużo przydatnych wiadomości, gabinet weterynaryjny „od kuchni”.
    Wystąpienie p. Karoliny Telwiklas było bardzo ciekawe, jednak myślę, że nie na tę okazję. Była to konferencja dla ludzi, którzy nie dość że mają JUŻ koty, to jeszcze wskazując na to, że znajdują się na tej konferencji- mają dużą wiedzę na ich temat i moim zdaniem informacje „skąd wziąć kota” są dla nich zbyteczne. Wyłapałam też (choć mogę się mylić) pejoratywną wypowiedź na temat stanu zdrowia kotów ze schronisk prowadzonych NIE przez fundacje- jedna z moich kotek była podopieczną poznańskiego schroniska i nie mogłam wymarzyć sobie bardziej „gotowego” do zamieszkania w domu kota. Mówię tu tylko o aspekcie zdrowotnym (bo psyche-wiadomo, jak jest z kotami w schroniskach i z takim budżetem niewiele można poradzić na przepełnienie….) – szczepienia, sterylizacja, odpchlenie, książeczka, „instrukcja obsługi”. Pani Karolina sprawiała wrażenie bardzo otwartej, przekochanej, „kociolubnej” osoby z ogromem wiedzy, i w miejsce tego wystąpienia chętnie posłuchałabym czegoś bardziej zaawansowanego na temat kociej psychiki- np. jak rozpoznawać stres, jak dbać o relacje kotów współmieszkających…

    Mam jedno zastrzeżenie do organizacji konferencji- miałam wrażenie, że widać „goniący” organizatorów czas. Pan stojący z boku groźnie łypał na prelegentów, miałam wrażenie że chciał uciąć czas pozostawiony na pytania, nie było choćby kilkuminutowych przerw pomiędzy wystąpieniami…

    Co bym dodała? Brakowało mi spotkania np. z przedstawicielem którejś z kocich fundacji (puszki też!), z chęcią posłuchałabym też jakiegoś lekkostrawnego tematu, np. o kotach w sztuce czy literaturze 😉 Spodziewałamm się też większej ilości reklam, ulotek- przy tak określonym temacie konferencji i przy tak określonym odbiorcy byłaby to dobra okazja dla firm zajmujących się kocim biznesem do zaprezentowania się, a dla opiekunów do znalezienia czegoś dla siebie.

  7. Cały problem Pani Tess polega na braku akceptacji, przede wszystkim siebie. Człowiek o niskim poczuciu własnej wartości nigdy nie uszanuje innych (czymkolwiek by się nie zajmowali). Zwracam tylko uwagę na wypowiedzi które nawet nie są komentarzami bo są niesmaczne. Adopcja jednego kota z fundacji i rodzice (a nawet dziadkowie) lekarze weterynarii nie uprawniają nikogo do odbierania prawa wykonywania zawodu! Są od tego odpowiednie instytucje. Życzę Pani Tess aby nigdy w życiu nie musiała błagać o pomoc ludzi którzy taką medycyną się zajmują.

    1. To nie medycyna. To szarlataństwo. Błaganie szarlatana o cokolwiek to pomysł głupi obiektywnie, nie ma do tego nic akceptacja siebie. Swoją drogą fajny mechanizm projekcji, bardzo podręcznikowy.

    2. I początkowo nie planowałam rozwijać, bo trudno odnosić się do wypowiedzi osoby, która w pierwszym zdaniu i po jednej relacji zaczyna stawiać psychoanalizy, bo nie podoba jej się treść krytyki, ale po namyśle… Życzę Pani Kociej mamie, żeby w sytuacji, w której będzie potrzebowała pomocy medycznej, nikt nie uraczył jej wlewami z wody na raka oraz wysyłaniem dobrej energii mailem na wszystko. Nikt nie zasłużył na takie traktowanie, bez względu na poziom jego komentarzy w sieci.

  8. Ech, Tesska, Tesska i było Ci atakować wiarę? Wiary nie da się bronić logicznie więc akolici bronią irracjonalnie i agresywnie, jadąc całym Schopenhauerem poza ad meritum.

  9. Dzień dobry, czy jest Pani pewna, że nie naraża się Pani, na wytoczenie sprawy z powództwa cywilnego o naruszenie dóbr osobistych, w związku ze stwierdzeniem: „zakłamany szarlatan”?

    1. Jeśli wspominany pan zechciałby ją wytoczyć, to cóż, przyjdzie mi przed sądem obserwować, jak pokazuje, że leczenie raka wodą i przesyłanie leczniczej energii mailem nie jest kłamstwem.

  10. Szanowni Państwo, duchu oziębły medycyny „totalitarnej”, jaki się tu wyraźnie wkradł i panoszy bezkarnie (wyrazy współczucia dla Pana Artura, który ze swoją praktyką lekarską nie mógł chyba trafić gorzej – doświadczył również jak to jest mieć „starszych kolegów po fachu”). W dobie osiągnięć dzisiejszej nauki, to nic szczególnego. Hipotezy postawione przez naszych światowych, wybitnych fizyków (trudno ich nie znać) – stanowiły punkt wyjścia do większości dzisiejszych wynalazków, które każdy niby „zna”, ale tak naprawdę widzi tylko ich efekty (fakt), dlaczego to nic szokującego? Ilu z nas wytłumaczy zasadę działania choćby fal, cząstek czy ich splątania, kto zna właściwości pól magnetycznych, działanie pola informacyjnego, czy próżni? Przecież to nie są herezje! (sic!) Kolejne pokolenia naukowców dostarczają danych o prawdziwości tych teorii (żyją, publikują, badają i są uznawani bynajmniej nie za heretyków) – proszę się wysilić o samodzielne poszukiwania (tym bardziej, że mają Państwo ku temu sposobność). Dajmy więc na to ogólnie przyjęte (przez uniwersytety, które wykładają nauki na światowym poziomie!) pojęcie informacji, bez którego dzisiejsza nauka, mimo wielu niedopowiedzeń (proszę sobie wyobrazić, że wiele hipotez nie doczekało się jeszcze wyjaśnienia) doprowadziła do wynalazków, z których korzystamy każdego dnia. Czy ktoś potrzebuje wiary w zasięg telefonu czy internetu? Czy ktoś z tych miłych Państwa studiował gruntownie nauki tak ścisłe (aktualne), że ma prawo podważyć tak jednoznacznie jakiekolwiek z wyżej opisanych teorii? Łatwiej jest przecież nie doczytać, zignorować i dalej ciągnąć ten sam prąd, niż skorzystać masowo z dostępu do tańszej, mniej inwazyjnej energii, której naukowe podwaliny narodziły się już w XIX wieku. Proszę Państwa, kto tu jest w ciemnogrodzie? Rozumiem gry w sporach o cenę, wodę, domek czy breloczek, ale krytykujecie Państwo osobę, człowieka, zdaje się, że nie znając podstaw mechanizmów, którymi ów Pan (tak samo zasługujący na uczciwą „relację”) się posługuje i nie mając żadnego szacunku dla jego osiągnięć (zdaje się, że nie głosił teorii bez podstaw – swojego doświadczenia i dostępnej literatury?) – czy próbowaliście się Państwo wcześniej o tym przekonać? Przyjmując taką postawę pozostawiacie sobie Państwo tylko tyle możliwości, w ile jesteście Państwo w stanie uwierzyć. Więc jak to może być możliwe? „Myśliciele” naszego świata cechowali się przede wszystkim OTWARTOŚCIĄ. W przeciwnym stanie, można podejrzewać rozwój zespołu zakutego łba (od razu przepraszam wszystkich oburzonych za cynizm, ale chyba inaczej nie można tego nazwać na tym poziomie), a rokowanie, mimo starań pojedynczych głosów rozsądku, za niepomyślne. Doraźnie można zaaplikować wstyd, ale nie udokumentowano jeszcze jego stuprocentowego działania na wszystkie osobniki. Proszę się obudzić jak najszybciej. Niestety świadomość nie spływa równomiernie, zależna jest od otwartości. Brak otwartości= brak możliwości zrozumienia tego co piszę 🙁 … dla tych może kiedyś tam… w innym wymiarze, języku, po traumatycznym doświadczeniu (nie życzę, ale to też jest jakaś droga). Według poczucia istoty, którą obecnie jestem, odczuć wewnętrznych wywołanych treścią przekazaną powyżej, indywidualnym poczuciem smaku, uczciwości i godności koniecznej, aby uszanować wszystko, co się wokół nas tworzy korzystnego dla rozwoju każdej istoty (nie wyłączając zwierząt, roślin, ziemi – planety), traktowanie w ten sposób ludzi może sugerować podobne zachowania w stosunku do innych, pozornie tylko mniej istotnych. To jedyna droga Szanowni Państwo do wspólnego rozwoju i pomocy każdemu z nas (zdaje się ktoś tu chciał pomagać kotom?). Naukę warto przyjmować z entuzjazmem, na wesoło, na luzie, szczególnie jeśli się jej nie rozumie, nie trzeba jej oceniać, tym bardziej, że Pan Artur w swej treści (jak opisano powyżej), nie sugerował wyższości swoich poglądów nad innymi. Tak, warto się cieszyć, że są wśród lekarzy weterynarii takie osobowości, które mimo tylu oszczerstw robią, to co uważają za słuszne. Swoją drogą, już na zakończenie tej przydługiej treści, koty, to rzeczywiście istoty wybitne, proszę tylko spojrzeć jak wiele informacji, emocji, komentarzy, edukacji swoim pretekstem wniosły. Myślę, że każdemu z uczestników tego zdarzenia należą się „Gratulacje” za zdolność do poruszania. Pozdrawiam serdecznie.

    1. Dużo podniosłych słów, by bronić kogoś, kto „leczy” raka wlewami z wody i wysyła energię mailem. Zna proporcją, mocium panie, że pojadę klasykiem.

    2. Kolejny fan dręczenia zwierząt w imię chorych przekonań szarlatana. Ciekawe czy tak samo entuzjastycznie podszedłby do propozycji leczenia własnych poważnych chorób np. lewatywą i puszczaniem krwi. W imię otwartości, oczywiście.

    3. Naucz się człowieku pisać po polsku, będziesz bardziej wiarygodny… przez 3 zdania. Bo reszty bzdur nikt o minimalnej wiedzy naukowej nie kupi.

  11. Podrzuciłbym tu cytat z Lema, ale jest o idiotach, a nie o kotach, więc sobie daruję.

    Tess, nie wiem, czy warto. To znaczy – pisać, prostować, protestować – warto. Ale nie wiem, czy można liczyć na efekty. Jeśli ktoś, z dowolnego powodu, pożegnał się ze zdrowym rozsądkiem, to nie wystarczy mu napisać i wykazać, że głupio zrobił, żeby się ze swoim rozsądkiem ponownie zaprzyjaźnił.

    Btw – wiecie, że w stanach wydano rozporządzenie, że środki homeopatyczne (bo przecież nie są to leki), muszą być opatrzone na opakowaniu informacją, że nie działają? To jest świetne. Nie da się zabronić ludziom wierzyć w bzdury, ale można się starać chronić och przed powszechnością tych bzdur.

    Ciekawe, że ze wszystkich dziedzin nauki tylko medycyna ma swoją „alternatywną”, „niekonwencjonalną” stronę. Tylko na polu medycyny udało się ludzi tak zmanipulować, tak oszukać, żeby wcisnąć im, że jest jakaś „inna medycyna”. Dlaczego? Bo jest najciężej weryfikowalna. Bo chorzy czasem po prostu zdrowieją, albo zdrowieją pod wpływem czynników które nie mają związku z leczeniem. A jednocześnie czasem trudno się pogodzić z faktem, że coś jest nieuleczalne, albo potrzeba bardzo drogiej kuracji/zabiegu, albo wymaga wysiłku. Łatwiej uwierzyć w skuteczność „przelewania wody” i „wysyłania energii”, a nuż się uda – a jak nie, to można powiedzieć że się próbowało… tia. W sumie, to jak z modlitwą. „Dziękuję ci Panie, że mnie ocaliłeś.” „Że co? Nawet mnie tam nie było, podziękuj chirurgom”.

    Ale wyobrażacie sobie np. alterntywną architekturę? „Uda się nam postawić ten dom na podmokłym terenie. Wystarczy, że budowę zaczniemy od dachu”.
    Albo alternatywną matematykę? „Da się podzielić przez zero, trzeba tylko zapisać je jako osiem, a potem rozplątać ten supełek na środku”
    Albo alternatywną geografię? Ojej…

    (jeśli ktokolwiek czuje się urażony tym komentarzem, to śpieszę z wjaśnieniem, że… tak właśnie miało być, pozdrawiam).

    1. Alternatywna architektura powinna polegać na przelaniu energii w ziemię (najlepiej emailowo) tak, żeby ziemia przestała być podmokła pod tym domem 😉
      W sumie skoro mamy cudotwórców od leczenia to może powinni być cudotwórcy od pogody. Np pogadają sobie z matką naturą i jądrem ziemi i skończą się kataklizmy 😀

  12. Heh, pozostaje mi podziwiać wytrwałość w dyskutowaniu z fanami leczenia raka wodą i osobami głoszącymi rtęć w szczepionkach… a opis KOTferencji jak zwykle – rzetelny i miły dla oka 🙂

  13. Pani Tess a moze czas najwyzszy zaczac sie rozwijac a nie zwijac! Strasznie słabe sa te Pani wypowiedzi Tak jak I jest słabe Pani pojecie w temacie!!

    1. A może trochę kultury, argumentów albo chociaż odwagi podpisywania się pod własnymi wypowiedziami? Bo nie wiem, z jakiej racji mam przejmować się anonimem, który przyszedł mnie bezpodstawnie poobrażać.

  14. Naprawde czuje sie Pani obrazona? Hmm zadziwiajace szczegolnie ze z Pani strony obrazanie innych nie stanowi zadnego problemu jak wyzywanie Od kłamcow i szarlatanow! Pani argumenty niestety tez sa bardzo słabe Tak jak I kultura ktora pozostawia wiele do zyczenia.Krytykuje Pani cos o czym nie ma Pani zadnego pojecia ,I prosze mi tu nie wypisywac a propo swojego dziadka/mamy bo doskonale wiem o ich zawodowych działalnosciach i w dalszym ciagu nie czyni to Pani ekspertem w tej dziedzinie.to ze Pani czegos nie doswiadczyla nie znaczy ze nie Istnieje. Pozdrawiam serdecznie I zycze wiecej otwartosci I poszerzania horyzontow. Aleksandra W.

    1. Nazwanie kłamcy kłamcą nie jest obrażaniem. A krytykuję coś, na czym znam się znakomicie. Zapewniam, że publikacje naukowe nie gryzą i nie mają nic wspólnego z osobistym doświadczeniem. Inicjał nadal nie jest podpisem, ale robimy postępy, brawo.

    2. Fejku drogi i anonimku bez odwagi cywilnej – idź sobie wsadź swoje zastrzeżenia tam gdzie konwencjonalna medycyna nakazuje wsadzać czopki. Może się odtrujesz, kiedy trafią do właściwego organu, zamiast do głowy.

  15. Przeczytałam artykuł chyba 10 minut po tym jak się ukazał. Pokiwałam głową, zgodziłam się, że szarlatani powinni być publicznie piętnowani, a prawdziwi lekarze (weterynarze) nagradzani i poszłam sobie.
    Zaglądam ja tu w celu sprawdzenia linka i co widzę? Inwazję jakąś z planety cudów. Tess, nie będę wdawać się w dyskusje, bo z wiarą wygrać na argumenty nie można. Ale, ludzie kochani, jeśli leczycie SWOJEGO raka, SWOJĄ chorobę wcieraniem ciecierzycy czy transfuzjami energii – ok, róbta, co chceta, krzywdzicie tylko siebie (i Waszych najbliższych, ale to nadal nie moja sprawa). W momencie jednak, gdy te praktyki przenosicie na kogokolwiek innego – zwierzę, członka rodziny, obcą Wam osobę, to jesteście winni każdej cząstki cierpienia, której przysporzycie. Jesteście winni każdej remisji, którą wywoła zaprzestanie prawdziwego leczenia, odstawienie leków czy odwołanie wizyty u lekarza. Jesteście winni każdej śmierci, do której przyczynicie się nawołując do „alternatywnych”, „duchowych”, „metafizycznych” metod… przecież nawet nie leczenia…
    Bo medycyna to nauka. Magią i wiarą leczyć się nie da.

  16. Czytam, czytam i czytam i nadziwić się nie mogę co tu się wyrabia. Co się stało z edukacjąw tym kraju, że ludzie wolą wierzyć w czary niż zaufać nauce? Co się stało, że dajemy się złapać na lep pseudomedycznych bzdur? Wlewu z wody na raka… A energia wysyłana e-mailem to w zasadzie nic nowego. Przypomnę tylko telehipnotyzera Kaszpirowskiego i polsatowskie „ręce które leczą” gdzie bioenergoterapeuta hokuspokus energetyzował wodę przez telewizor. Swoją drogą JREF chyba nadal oferuje milion baksów za potwierdzenie w kontrolowanych warunkach istnienia mocy paranormalnych, więc może Pan od przesyłania energii mailem się zgłosi? Milion baksów piechotą nie chodzi.

    Ciekawi mnie zresztą sam mechanizm przesyłania energii przez protokół pop3 albo smtp. Ktoś wie jak to działa? Bity energii dodawane do pakietów TCP? Jak w tym wypadku z korekcją błędów? I czy trzeba mieć jakiś specjalny odbiornik, czy wystarczy kota przyłożyć do ekranu? A może ogonem do USB?

  17. Tess, wznieciłaś zamieć w śnieżnej kuli, przerażające czasy nastały – człowiek musi udowadniać, że nie jest zebrą… Jako wet podpisuję się 4 kopytkami pod Twoim zdaniem. Mam nadzieję, że chociaż jedna osoba która dała się omamić leczeniem przez maila czy wodą itp. przejrzy na oczy, to już będzie coś.

  18. Urzekają mnie – tak kompletnie i po całości – ludzie, którzy łamanym językiem przypominający polski, ewentualnie luźną wariacją na temat logicznej wypowiedzi, próbują bronić wysyłania magicznej energii mailem. Jeszcze raz powtórzę, nawet Capsem żeby nie było nieporozumień: WYSYŁANIA ENERGII MAILEM.
    Serio, nie można alt-medowi wystawić lepszego świadectwa i opinii, niż to, co piszą jego fanatycy i obrońcy.

    PS. Wiecie, jak nazywa się medycyna alternatywna, która działa? Medycyna.
    PS 2. Ja i mój kubełek popcornu czekamy na hejt. Z zapartym tchem.

      1. Czy możemy w ten sposób załatwić też kwestię ładowania telefonów, tabletów i czytników? „Nie chce mi się ruszać z kanapy po ładowarkę, weź mi ktoś wyślij mailem 30% na Kindla?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *