Mała Teś w wielkim świecie

Zapadła noc, zielone kropki na fejsie powoli gasną, moi znajomi zasypiają. Adam śpi, rodzice przysypiają. Łatka pochrapuje wtulona w mojego tatę, a Zuzka szuka sobie kryjówki i w ciszy słychać wyłącznie opuszki jej łapek, gdy przemyka między pokojami lub bada stabilność stosu książek.

A ja skończyłam teksty zaplanowane na dziś, bo najlepiej pracuje mi się wieczorami, zrobiłam nawet niespodziewane tłumaczenie korespondencji naczelnego na czeski i powoli próbuję wyciszyć umysł, żeby zasnąć. Tylko że ten, zamiast odpływać, przywołuje myśli z całego dnia.

I te wędrują do wspominanej już pani Jadwigi. Zastanawiamy się, jak jej pomóc poza zbiórką pieniędzy na węgiel… ale wyobraźnia wymaga posłuszeństwa. Bo mowa o domu, w którym nie ma bieżącej wody, toalety, ogrzewania, prądu, więc nie pomoże kupno czajnika elektrycznego czy lodówki, nie pomoże farelka czy kuchenka elektryczna. Więc co? Latarkę z zapasem baterii? Świece i latarenkę do nich, by nie wywołać pożaru? Przychodzą na myśl konserwy, ale chciałoby się zrobić coś, co poprawiłoby choć trochę warunki bytowe pani Jadwigi. Tylko jak? Jak to jest żyć w domu, w którym tylko jeden pokój nadaje się do użytku, bo cała reszta przeżarta jest przez wilgoć z powodu dziurawego dachu? Żyć w całkowitej samotności – pani Jadwiga nie ma dzieci, w lutym pochowała męża, dalsza rodzina nie utrzymuje z nią kontaktu. Na pomoc systemową się nie łapie, bo ma zbyt wysoką rentę. A jednocześnie zbyt niską, by pokryć koszt pobytu w domu opieki, więc żyje pozostawiona sama sobie i nie stać jej nawet na węgiel, by nie zamarznąć zimą.

Napisałam o niej na fejsie z nadzieją, że znajomi dołączą się do zbiórki na węgiel. Okazało się, że koleżanka słyszała ostatnio o innej zbiórce na rzecz pani Jadwigi i była ciekawa, czy to ta sama osoba. Okazało się, że nie. Myślę o tej jednej pani, o jednym przypadku i coś we mnie pęka, a to przecież tylko jedna z wielu osób rozpaczliwie potrzebujących pomocy.

A potem w rozmowie wraca bezdomny pan mijany w Poznaniu w okolicy rynku. Starszy pan w grubych okularach, z nieodłącznym pieskiem. Zdarza się, że pan siedzi zziębnięty i głodny, ale psiak zawsze ma miskę z wodą i z jedzeniem.

Później wspominam panią Magdę, fantastyczną i kochaną osobę, ale o skromnych dochodach, która nie wyrzuciła na ulicę i na pewną śmierć zwierzaków, które jej podrzucono. Gdyby nie zbiórka w sieci, musiałaby wybierać między kupnem karmy i węgla, więc nim ta nastąpiła, pani Magda marzła wtulona w zwierzaki i bała się, jak przetrwają. Wiem, że miała dziś ciężki dzień w pracy i czekam na wieści, jak poszło, martwiąc się, że nie pisze.

I jest też pani Krysia, kolejna samotna kobieta, która opiekuje się ponad dwudziestoma schorowanymi zwierzętami, które mają tylko ją. A ona prócz nich ma skromną rentę i zdrowie uniemożliwiające podjęcie pracy. Bardzo długo żyła nawet bez lodówki i kuchenki, bez bieżącej wody…

Na co dzień spotykam się z różnymi problemami. Ważnymi. Widzę ludzi zmagających się z depresją, z brakiem akceptacji, z mobbingiem w pracy. Ludzi sfrustrowanych szklanym sufitem czy toksycznymi relacjami w rodzinie. Zrozpaczonych po śmierci kogoś bliskiego. To wszystko są ważne sprawy, cholernie ważne. Mają ogromne znaczenie dla kondycji życia. Zderzenie z tym, że może być jeszcze gorzej, że ludzie obok nas żyją w biedzie tak skrajnej, że ogrzewanie jest dla nich luksusem, na który nie mogą sobie pozwolić, jest straszne. Bo owszem, zdarza mi się pomyśleć, że mam sprawny komputer, szybki internet i książki, których łącznej wartości bałabym się podliczyć. Że moje zwierzaki mają lepsze jedzenie i opiekę lekarską niż niejeden człowiek. Ale kto sam z siebie pomyśli o tym, że nie marznie, więc jest szczęściarzem?

Kto, mając za sobą toksyczny związek i przemoc na tle seksualnym, cieszący się obecną relacją, pomyśli, że kilka kilometrów dalej żyje ktoś, kto nie ma nic i nikogo, a wstaje rano tylko po to, by zaopiekować się przygarniętymi psem i kotem?

A w dodatku wszyscy z nas nie są wykrwawiającym się dzieckiem z Aleppo w Syrii?

W moich problemach dnia codziennego nie ma głodu. Owszem, są problemy, ponieważ z powodu nieuleczalnej choroby muszę być na restrykcyjnej diecie i za banalne czasem produkty muszę płacić nawet kilka razy więcej niż za zwyczajne. Nie jestem bogata i pewnie nigdy nie będzie, ale nigdy nie zabrakło mi na czynsz, bo nawet kiedy sama jestem w dołku, mogę liczyć na narzeczonego i rodziców. Ba, mam ich, oboje! I czworo dziadków. Nie straciłam nikogo z najbliższej rodziny, co czyni mnie w zasadzie wyjątkiem. Między tym wszystkim mam czas rozważać wady i zalety filmowych i serialowych uniwersów Marvela i DC. Zwiedziłam sporą część Polski i kawałek zagranicy. Mogę wyskoczyć do kina albo na lody (kiedy już znajdę bezpieczny dla siebie lokal), kupić komiks, parę dżinsów czy nowy sweterek. Zwykłe, codzienne rzeczy. Coś we mnie chce wyć i wrzeszczeć na myśl, że są ludzie, którzy nigdy nie będą mogli.

Nie chcę takiego świata. Nie zgadzam się na taką rzeczywistość. Czasem, przykładając głowę do poduszki, marzę, że obudzę się i wszystko to okaże się ponurym żartem. Makabrycznym reality show, w którym przyszedł czas napisów, a w epilogu wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie.

Wokół nas dzieje się tak straszliwie wiele złych rzeczy. Dzieją się też dobre. Nigdy nie zapomnę emocji, gdy cała Polska (i pewnie nie tylko) zbierała pieniądze na leczenie Emilka. Siedem milionów złotych. Astronomiczna kwota. Wspierali go celebryci, urządzano setki aukcji charytatywnych, wpływały cegiełki. Kiedy się udało, płakałam przed monitorem ze szczęścia i wiem, że nie byłam jedyna. A Emilek żyje. Uśmiecha się. Bawi z bratem. Operacja się udała. A więc da się, cuda się zdarzają, ludzie mają w sobie ogromną siłę. Widać to co roku na finale WOŚP. Gdzieś tkwi ten potencjał, energia, dobro. Tylko potrzeby są nieskończone… A może się mylę? Może tam, gdzie zawodzi system i prawo, naprawdę społecznościowe zrywy naprawią zło?

Marzę o świecie, gdzie każdy ma jedzenie i dach nad głową. Kogoś, kogo kocha z wzajemnością. Gdzie nikt nie jest sam i zdany tylko na siebie. Gdzie nikogo nie spotyka przemoc. Gdzie choroby da się wyleczyć i o życiu lub śmierci nie decydują pieniądze.

Minęła niecała godzina. Zuzka też zasnęła, zwinięta w kłębek w jakimś zakamarku. Komunikatory milczą. Nie jestem nawet pewna, dlaczego to piszę, przecież nie potrafię dojść do żadnych wniosków. Chyba dlatego, żeby się nie rozpłakać, gdy wszystko wokół mnie przerasta. A przecież nie powinnam mieć powodu do płaczu. Leżę w swoim łóżku, otulona wygodną ciepłą kołdrą. Chciałabym się w kogoś wtulić, ale nie mam serca budzić Adama ani zwierzaków. Nie pierwszy raz mam takie przemyślenia, więc nie byłoby to nic niezwykłego. A zakłócanie komuś snu w takim wypadku wydaje się bardziej nie fair. Myślę o moich przyjaciołach, którzy wiem, że odebraliby słuchawkę bez względu na porę, ale też nie chcę im tego robić. Tylko coś we mnie woła, że chciałoby usłyszeć przyjazny głos. Taki, który powie, że wszystko będzie dobrze… ale nie wiem, czy bym uwierzyła. Bo nie wiem, co można zrobić, by było dobrze. Bo czuję się rozpaczliwie mała i słaba w wielkim świecie, w którym dzieje się zbyt wiele rzeczy naraz.

Chciałabym, żeby ktoś powiedział mi, co robić, ale chyba nauczyłam się już, że odpowiedzi nie przychodzą same. Czyli mogę  tylko robić to, co wydaje się słuszne i mieć nadzieję, że idę w dobrą stronę. I że nie jestem na tej ścieżce sama.

4 myśli na temat “Mała Teś w wielkim świecie”

  1. Ja już chyba jestem zbyt cyniczny. No bo co zrobisz? Nic nie zrobisz. Choćbyś zdołała, choćbym zdołał pomóc stu osobom wyjść z biedy, znaleźć stu kotom dach nad głową, wesprzeć sto rodzin z chorymi dziećmi… zawsze będzie sto, tysiąc, milion kolejnych. Świat nie jest ani sprawiedliwy, ani dobry. Jest jaki jest.
    No ale… nic nie zrobisz? No nie, też nie. Bo głupio. Bo źle. Bo dlaczego. Bo jak to, ja mam ciepło, syto, szczęśliwie, a ktoś, setki ktosiów nie mają…

    Można by się wykrwawiać próbując pomagać każdemu, wszystkim… Ale to nigdy nie będą wszyscy. Można by się frustrować tym, że ma się lepiej. Ale po co…

    Ja to widzę tak: człowiek wrażliwy na problemy innych ma dwa wyjścia – skupić się na pracy u podstaw, zaangażować w jakiś konkretny projekt, pracować w pomocy humanitarnej, fundacji, organizacji… albo dążyć do tego, żeby zarabiać jak najwięcej pieniędzy, żeby jak największy procent mógł przeznaczyć na pomoc 🙂

    Ja mam zabawny problem – dzięki mojej kochającej, otwartej i nastawionej na rozwiązywanie konfliktów od razu rodzinie nie jestem przystosowany do życia w społeczeństwie, w którym wiele osób jest skłócone z najbliższymi. Chciałbym im wszystkim pomóc, ale nie mam prawa się wpieprzać…

    1. No to angażuję się w kolejne projekty i nawet z sukcesami 😉 Vide Emilek, ale nie tylko. No i cały czas staram się zarobić te miliony, tylko mam wrażenie, że dawanie wychodzi mi jednak lepiej niż branie, także honorariów.

      1. (Rozwinięcie, przerzucone tu z facebooka, dlatego nieco bez związku)

        Twój tekst jest o tyle bez sensu, że z tego nic nie wynika. To znaczy, w mikroskali – tak, być może dzięki temu tekstowi kolejne dwie, trzy, cztery osoby zdecydują się przekazać pieniądze potrzebującym, lub udzielić wsparcia w inny sposób. Ale nic z tego nie wynika dla zżerającego nas (przynajmniej niektórych z nas) poczucia, że to ciągle za mało.

        To zawsze będzie za mało, bo świata nie da się zmienić raz a dobrze, raz na zawsze. Świat trzeba zmieniać codziennie – i robienie tego nawet na takim najniższym poziomie, zmieniania siebie żeby nam i ludziom żyło się łatwiej z nami samymi – bywa trudne. Zmienianie świata w swojej najbliższej okolicy bywa ledwie wykonalne… a kiedy ktoś ma potrzebę zmieniać świat znacznie szerzej i głębiej i mocniej. No to jest tytaniczny wysiłek na całe życie.

        Można go podjąć. Jasne.
        Ale z drugiej strony – to jest moje życie i nie ma żadnego powodu, żebym poświęcał je czemuś/komuś bardziej, niż to dla mnie wygodne. Nie jestem, nie jesteś, nie jesteśmy nic winni ludziom, którzy mają gorzej od nas. To nie przez nas mają gorzej. Nie odpowiadamy za to.
        Możemy się starać im pomóc z dobrego serca, ale nie miejmy poczucia, że musimy – bo od tego można jedynie zwariować.

        A z drugiej strony – tak działa świat. i to nie jest ani dobre, ani złe, ani mądre, ani głupie. Nawet jeśli uda się uratować od śmierci czy cierpienia dziś pięcioro chorych dzieci, dwanaście kotków i trzy starsze panie, to co z setką chorych dzieci, tysiącem kotków i setką starszych pań, które nie miały siły przebicia w internecie, które nie miały zgrabnej kampanii, które nie miały głosu? Nie ma ich, umarli, odeszli – a my nigdy o nich nie usłyszeliśmy. Śmierć i cierpienie są wpisane w działanie świata, i choć w jakimś procencie możemy je odsuwać – nigdy nie znikną.

        I to jest, swoją drogą, przekleństwo internetu – zamiast skupiać się na lokalnych problemach, na ludziach z naszego otoczenia – jesteśmy bombardowani tragediami, potrzebami, trudnymi sytuacjami z całego kraju i ze świata. Dostajemy więcej, niż potrafimy udźwignąć. Bo nagle poza tym, że w naszej wsi jankowi padła krowa, ciąża wandy jest zagrożona, a stary andrzej karmi trzy koty i ma chorą nogę, dowiadujemy się o milionie innych rzeczy, na które, w większości, nic nie możemy poradzić. Po co nam to? Po co nam wiedza, że jeśli to dziecko nie dostanie siedmiu milionów na operację, to umrze?
        Żeby przelać mu siedem milionów?
        Hej, a co z tym dzieckiem obok?
        Na nie też mamy pieniądze?
        Smutna prawda jest taka, że nie mamy siedmiu milionów na każde dziecko. To dziecko obok, któremu rodzice nie zrobili ładnej kampanii – posiedzi sobie, popatrzy zawiedzione, i umrze.
        i tyle.

  2. Nie jesteś sama. Wczoraj płakałam z powodu dzieci z Aleppo, jednocześnie czując, że nic nie mogę poradzić na tę tragedię i że nie ja jestem jej winna. I co z tego? Takie rzeczy nie powinny się dziać…

    Dokładałam się za to do leczenia Emilka i Zuzi (EB), fakt, że oboje zdrowieją jakoś mi pomaga trwać. Z drugiej strony codzienne apele pomoc dla dzieci, dorosłych, zwierzaków łamią mi serce, bo często nie mam pieniędzy na chleb dla własnych dzieci i po prostu nie mogę pomagać wszystkim (sama na szczęście mogę liczyć na pomoc bliskich). Strasznie to wszystko trudne i poplątane.

    Pozdrawiam serdecznie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *