O akcjach charytatywnych trochę na smutno

Dla jednych grudzień oznacza przeżycia duchowe związane z narodzinami Chrystusa, dla innych – barszcz z uszkami i kluski z makiem (to ja!), dla jeszcze innych – wiszącą nad głową inwenturę (to niestety też ja…). Są też bez wątpienia tacy, dla których to świetna okazja na flejm pod tytułem WOŚP vs. Caritas. Flejm dla mnie o tyle absurdalny, że z tego, co mi wiadomo, żadna z tych akcji nie próbuje zwalczać tej drugiej i znakomicie funkcjonowały obok siebie przez długie lata. W mojej osobistej rodzinie świeca Caritasu na wigilijnym stole była równie oczywista co serduszko WOŚP-u przyklejone do kurtki.

Argumenty krytyczne pod adresem Owsiaka zdumiewają mnie rokrocznie – z racji przejrzystych rozliczeń nie ma w ogóle co się pochylać nad tym, że kasę z Orkiestry przepija na Woodstocku i zasadniczo ich poziom niewiele odbiega od „jest satanistą i zjada koty”. Większość bazuje zresztą na jednym, szerowanym nieskończoną ilość razy tekście, który manipuluje na potęgę i nie służy niczemu poza napędzaniu jednych ludzi na drugich. Widać niektórzy mają egzotyczne hobby. Czasami trafia się też krytyka merytoryczna: że bez względu na imponujące kwoty, jakie zbiera WOŚP, to wciąż niewielkie sumy względem budżetu NFZ-u czy że Orkiestra w ogóle nie powinna być potrzebna, bo to są rzeczy do załatwienia systemowo. Cóż, jasne, że powinien zająć się tym system, ale cieszę się, że tam, gdzie ten nie domaga, znalazł się ktoś, kto potrafi skrzyknąć ludzi, żeby dodali cegiełkę od siebie. Nawet jeśli to kropla w morzu, to tych kropli już trochę się uzbierało i szpitalny sprzęt z serduszkami ratuje życie ludzi. Jeśli ten bez serduszek ratuje większą liczbę – to tylko jest się z czego cieszyć! Gdzieś w połączeniu z tym mignęło mi jeszcze, że Owsiak zajmuje się tylko medialną pomocą, bo każdy chce pomagać dzieciom, a mniej chwytliwe tematy go nie interesują. Z tym trudno dyskutować, bo po pierwsze w tym roku zbiera też na seniorów, a po drugie kaman, ochrona młodych to odruch ponadgatunkowy. Osobiście jest mi wszystko jedno, czy w danym roku WOŚP skupia się na dzieciach, seniorach czy na osobach cierpiących na nowotwory bez względu na wiek; ważne, że po pierwsze skupia się na realnej pomocy, a po drugie zajmuje się medycyną, a nie funduje lewoskrętną witaminę C, jad tropikalnej żaby czy ręce czy cieciorkę na raka.

Trudniej mi argumentować za Caritasem, nie dlatego, że mam go za siedzibę zła, tylko że z racji politycznych upodobań raczej jestem w miejscu predysponowanym do krytyki. W ogóle cały spór zaczął się od tego, że część środowisk kościelnych zaczęła tępić WOŚP, robiąc Caritasowi niedźwiedzią przysługę – bo organizacja wcześniej odbierana pozytywnie lub neutralnie znalazła się nagle w opozycji i gdy prawicowy publicysta roztkliwiał się nad tym, jak to WOŚP jest gorszym Caritasem, tak zaraz odpowiadał mu lewicowy tym, że to Caritas jest gorszym WOŚP-em. Akcja i reakcja. Podstawowym zarzutem zdaje się jest to, iż Caritas jest mniej transparentny w swoich rozliczeniach niż WOŚP (trudno nie być – choć oczywiście można brać przykład na przyszłość, skoro jest z kogo) oraz że jest katolicki. O kościele katolickim w Polsce mam zdanie delikatnie mówiąc fatalne, tyle że akurat nie widzę sensu w obrzucaniu kamieniami akurat tej jego części, która rzeczywiście zachowuje się po chrześcijańsku.

No ale na tych dwóch organizacjach się nie kończy. Ostatnimi czasy coraz częściej w mediach pojawia się trzecia akcja charytatywna… i z nią mam wyjątkowy zgrzyt. Chodzi o Szlachetną Paczkę.

Na pierwszy rzut oka idea wydaje się super: ktoś ubogi ma szansę wskazać, czego naprawdę potrzebuje, a osoby chcące nieść pomoc wiedzą dokładnie, co mogą zrobić. Niestety przesłanie paczki nie ogranicza się tylko do tego. Pewne jej elementy, w połączeniu z poglądami głównego organizatora, który jest twarzą Paczki i chciałby być drugim Owsiakiem, ale nie potrafi, stają się wręcz obrzydliwe.

Chodzi, mianowicie, o poglądy ks. Jacka Stryczka na biedę (i bogactwo). Mężczyzna przedstawia się jako osoba kontrowersyjna i rzeczywiście – kontrowersji jest w nim mniej więcej tyle, co w Kubie Wojewódzkim wbijającym flagę w gówno. Innymi słowy: dużo krzyku, zero sensu. niesmak spory. Stryczek udziela jednego wywiadu za drugim, a we wszystkich chwali się m.in. swoim odkrywczym podejściem do Biblii (Jezus kochał bogatych i biznesmenów, a bogactwo jest cnotą), nie do końca przystającym do tego, co mówi choćby głowa kościoła, ale kto by się przejmował jakimś argentyńskim kolesiem sprawującym władzę w Watykanie, przecież żyjemy w kraju Lichenia i Jezusa Świebodzińskiego, każdy Polak dobrze wie, że Bóg lubi, jak jest na bogato. No ale pal licho z tym – niespecjalnie mnie obchodzi, co według dowolnego duchownego aprobuje jego bóstwo tak długo, aż ten nie wpycha mi wymogów tejże aprobaty w legislację. Prawdziwy problem pojawia się wtedy, kiedy Stryczek zaczyna mówić o biedzie. I łatwo się domyślić, co mówi – skoro bogactwo dowodzi błogosławieństwa Bożego… Long story short: biedni są biedni za karę. Zaś Szlachetna Paczka wcale nie służy temu, by im w tej biedzie ulżyć, a temu, by z niej wyszli. Tak, jednorazowa pomoc. Która może zawierać na przykład koc i serek Danio. Żebyśmy mieli jasność: uważam, że jeśli jakieś dziecko marzy o serku Danio, ponieważ stanowi ono luksus nie do osiągnięcia, to osoba, która mu ten serek wręcza, robi coś dobrego. Najlepiej zaś, jeśli dziecko dostałoby 365 serków Danio i nie musiało się martwić o nie aż do następnej Gwiazdki. Problem pojawia się wtedy, kiedy rodzina tego dziecka po takiej pomocy usłyszy, że nie kwalifikuje się na nią ponownie, ponieważ skoro cały czas jest biedna, to sama jest sobie winna. Osoba, która głosi takie poglądy, robi coś cholernie złego. Takie poglądy głosi Stryczek oraz – niestety – przelewa je na swoją akcję, czyli Szlachetną Paczkę. Jej regulamin zakłada, że prawo do pomocy rodzina ma raz, pomijając sytuacje wyjątkowe. I co prawda znajomi wolontariusze wspierający Paczkę zapewniają, że oni potrafią te sytuacje odpowiednio naciągnąć, żeby robić coś dobrego mimo Stryczka… Ale jakby nie o to chodzi. Bądźmy szczerzy: kiedy wspieram jakąś akcję i zapoznaję się z jej regulaminem, to zakładam, że będzie on przestrzegany, a nie – że wspieram coś mimo regulaminu, bo i tak się go złamie.

I stąd mój zgrzyt: z jednej strony nie mam wątpliwości, że wolontariusze czy ludzie wspierający Szlachetną Paczkę robią coś dobrego i zapewne większość z nich robi to z fajnych pobudek (spotkałam się z paroma wyjątkowo przykrymi osobami z tego grona, ale nie mam powodów podejrzewać, że stanowią oni obraz „przeciętnego wolontariusza Szlachetnej Paczki”). Z drugiej: cała ich ogromna praca i zaangażowanie napędza jednocześnie medialną karierę Stryczka wraz z jego obrzydliwymi, groźnymi poglądami. I, szczerze mówiąc, nie mam wniosków do tej sytuacji. Nie potrafię powiedzieć: „Nie wspieraj Paczki”, bo dla tych konkretnych rodzin jest to konkretna pomoc. Ale hasło: „Wspieraj Paczkę” więźnie mi w gardle, kiedy myślę, co mimowolnie promuje każdy wspierający.

Jeśli ktoś ma złudzenia, że Szlachetna Paczka Szlachetną Paczką, nie ma znaczenia, kto ją wymyślił, podsyłam obrazek ze strony akcji:

Ta laurka (to zresztą zaledwie jej fragment) znajduje się pod domeną szlachetnapaczka.pl. Próżno szukać czegoś takiego na stronie WOŚP-u – owszem, jest tam link do vloga Jurka Owsiaka i na tym koniec. Klik, opuszczamy stronę Wielkiej Orkiestry. Żadnych laurek czy galerii z Owsiakiem w pelerynce lecącym nad polem Woodstocku…

Nie jest to sytuacja: „Ok, nie lubię Owsiaka i Woodstocku, więc nie dam na WOŚP” – bo jako żywo żaden z uczestników czy organizatorów Woodstocku nie przyszedł pić pod sprzętem z serduszkiem. To rozłączne imprezy i gdyby Owsiak prowadził Kurs Ogrodnictwa, byłoby to tak samo rozłączne. Stryczek zaś w zasadach swojej akcji charytatywnej przekazuje swoją ideologię, a także hojnie zapełnia strony tejże akcji wywiadami z samym sobą. To nie są tylko poglądy autora, to jest ich realizacja. Co w połączeniu z ogromną pracą wolontariuszy jest po prostu straszliwie przykre.

A jeśli ktoś z Was, czytając mój tekst, zagotował się w myśl: „Co za bzdury, przecież to święta prawda, biedni są sami sobie winni!”, to… szczerze mówiąc, strasznie mi smutno. Smutek to moja najczęstsza reakcja na brak empatii czy refleksji.

Aby biedni byli sami sobie winni, musielibyśmy mieć wszyscy równy start. Tymczasem jeśli nasze życie jest wyścigiem szczurów, to niektórzy biegną bez łapek, w opasce na oczach i okrężną trasą najeżoną wnykami.

Pomyślcie, ile rzeczy definiuje nas już na starcie. Nie chodzi tylko o to, czy rodzice mieli na korepetycje, a przy przeładowanych programach czy pechu w postaci trafienia na niekompetentnego nauczyciela czasem jedynie korki są w stanie pomóc w zdobyciu rzetelnej wiedzy. Chodzi o to, czy mieliśmy swój pokój lub choć swoje biurko do spokojnej nauki. Czy w tej nauce nie przeszkadzały alkoholowe libacje… pół biedy, jeśli niepołączone z molestowaniem nieletnich obecnych w domu. Chodzi o to, czy po szkole mogliśmy wyjść na boisko, by wieczorem odrabiać lekcje, czy zamiast tego chodziliśmy zbierać złom, by wieczorem przysnąć na zeszycie. A może zajęcia dodatkowe? Czy ktoś przewiduje zniżki dla osób, których domowy budżet wynosi 50 groszy dziennie?

W dodatku bieda to nie tylko kwestia braku pieniędzy. To też poczucie beznadziei. Jeśli jedyną ofertą pracy, jaką znalazł bezrobotny, jest opcja stróża za 4,50 zł/h bez świadczeń, to nie poczuje on, że złapał Pana Boga za nogi. Praca nie zaspokaja tylko materialnych potrzeb. Ważny jest też stan psychiczny pracującego. Praca może nam dać poczucie realizacji czy własnej wartości. Jakim cudem dowartościowany ma się czuć ktoś, kto otrzymuje wynagrodzenie w wysokości 720 złotych miesięcznie? W dodatku pracujący w wątpliwych warunkach, bo ktoś szanujący pracownika w pierwszej kolejności nie zaoferowałby takiej stawki…

Zdarzyło mi się pracować na śmieciówce za koszmarne pieniądze (choć i tak nie najgorsze, jakie pojawiały się w ogłoszeniach) w połączeniu z mobbingiem. Po dwóch miesiącach takiej pracy zaczynałam czuć się zerem. Notoryczna krytyka, fatalne warunki, wrzaski, bezpłatne nadgodziny i ciągłe pomiatanie w połączeniu z notorycznym zapierdolem (kiedy jedna osoba musiała wykonywać obowiązki rozpisane dla trzech) zmieniały młodą dziewczynę pełną zapału w kupkę nieszczęścia. Tyle że ja miałam ten przywilej, że kiedy przestawałam wytrzymać, mogłam wstać i wyjść. Momentalnie, bo wiedziałam, że brak wypłaty mnie nie zabije. Jak ma się czuć ktoś, dla którego tych kilkaset złotych stanowi być albo nie być? Przesądza o opłaceniu rachunków, wykupieniu leków czy jedzenia? Kiedy na szali leżą nowe buty dla dziecka, bo ze starych wyrosło?

W momencie, kiedy ktoś zostanie tak przeorany przez życie i tkwi w beznadziei latami, to nie jest kwestia chcenia lub niechcenia. Absolutną podstawą jest uwierzenie w to, że może być lepiej. A po którejś z kolei próbie o wiarę trudno nawet wtedy, kiedy miało się świetny start i problemy pojawiły się dopiero potem. Jak trudno musi być, kiedy i start był mocno pod górę?

Jest w naszej wizji świata miejsce dla terapeutów dla ludzi bogatych (a przynajmniej średniozamożnych), którzy czują się wypaleni w pracy. Co ma powiedzieć ktoś, kto szukając pracy usłyszał na dzień dobry, że nie nadaje się nawet na zmywak czy do szorowania kibla? I tak przez pięć… dziesięć… trzydzieści lat.

Jasne, są osoby zmotywowane, pełne sił i chęci. Podziwiam je, cholernie. To są cholerni herosi, którzy nie dali się złamać. Ale samo to, że ktoś nie jest herosem, nie powinno oznaczyć, że mamy opluwać go jako roszczeniową patologię…

Powiedzmy sobie szczerze, kiedy zasiłek wynosi mniej więcej tyle, ile wynagrodzenie w pracy, tyle że ta praca przy okazji nie załatwia żadnych świadczeń, funduje natomiast zmęczenie fizyczne i psychiczne, to taka praca nie wydaje się perspektywą „odbicia się”. A gdy ktoś czuje się przegrany i nie widzi przed sobą najmniejszego światełka nadziei, to nie pomogłaby mu paczka nawet zawierająca czek opiewający nawet na milion złotych. Niestety praca u podstaw i działania systemowe nie brzmią tak wdzięcznie, by nazwać się „Pogromcą Biedy” w superbohaterskiej pelerynce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *