Porozmawiajmy o dzieciach himalaistów

Po akcji ratunkowej na Nandze Parbat, w wyniku której Adam Bielecki, Denis Urubko, Piotr Tomala i Jarosław Botor uratowali Élisabeth Revol, dyskusji w internecie co nie miara i nie sposób ogarnąć wszystkich ich wątków w jednym tekście. Skupię się na jednym z nich, przynajmniej na razie.

Przypomnijmy pokrótce: Tomasz Mackiewicz podjął siódmą próbę zdobycia góry Nanga Parbat zimą, w stylu alpejskim – czyli bez ciężkiego sprzętu. Towarzyszyła mu Élisabeth Revol. Nanga Parbat to ośmiotysięcznik, przedostatni z niezdobytych zimą (do 2016 roku), dziewiąta co do wysokości góra na świecie (8126 m n.p.m.). Mackiewicz i Revol najprawdopodobniej zdobyli szczyt, ale w trakcie zejścia stan Mackiewicza drastycznie się pogorszył. Revol sprowadziła go na wysokość ok. 7200 metrów – cierpiał na chorobę wysokościową, ślepotę śnieżną, liczne odmrożenia, obrzęk płuc i mózgu. Tam Mackiewicz pozostał w namiocie, a Revol próbowała schodzić dalej. Pokonała trochę ponad 1000 metrów, co jest uznawane za nadludzki wyczyn ze względu na liczne odmrożenia i całkowicie niesprawne w ich wyniku ręce. Tam odnaleźli ją Bielecki i Urubko, którym udało się sprowadzić ją na wysokość, z której mógł zabrać ich śmigłowiec. Z powodu załamania pogody nie udało się wyruszyć po Mackiewicza, o którym formalnie mówimy, że zaginął, ale w praktyce szanse, że żyje, są mniej niż znikome – Mackiewicz i Revol rozdzielili się wieczorem, 25 stycznia (naszego czasu).

Składając tę informację razem z tym, że akcja ratunkowa jest w tym momencie niemożliwa, bo zagrożenie życia ratowników byłoby ekstremalnie wysokie, Tomasz Mackiewicz zostawił trójkę dzieci. Fakt istnienia tych dzieci zaowocował kolejną odnogą hejtu, tym razem skupioną na tym, że jeśli masz dzieci, nie wolno ci być himalaistą. I ja właśnie o tym.

Z pierwszą żoną, Joanną Sulikowską, Tomasz Mackiewicz miał dwoje dzieci – Maksa (9 lat) i Tonię (7 lat). Dzieci mieszkały z matką, z ojcem spędzały całe wakacje. Trzecie dziecko miał z drugą żoną, Anną Solską – była to Zoja (6 lat). Wiek dzieci jest istotny z więcej niż jednego powodu. Bo powód pierwszy jest oczywisty – dla tak małych dzieci strata ojca jest tym większą tragedią.

Tomasz Mackiewicz miał 43 lata. W wieku 18 lat uzależnił się od heroiny. Był w ciężkim stanie, z którego wielu nie wychodzi. Ostro ćpał przez trzy lata, żył na ulicy. Potem przeszedł terapię w Monarze – kolejne dwa lata. Później korzystał z życia, które odzyskał – podróżował po całym świecie, często stopem. Zatrzymał się w Indiach, w Ośrodku Rehabilitacji Trędowatych Jeevodaya – tam pracował z chorymi dziećmi, uczył je angielskiego. Tam też zainteresował się wspinaczką. W czasie podróży gdzieś w Irlandii poznał Marka Klonowskiego.

W 2008 roku – 10 lat po opuszczeniu Monaru – zaliczył pierwszy poważny wyczyn wysokogórski. Wspólnie z Markiem Klonowskim otrzymał później Kolosa 2018 w kategorii „wyczyn roku” – „za wyczerpujący trawers Mount Logan”. Góra Logan ma 5966 m n.p.m.

W 2009 roku na świecie pojawił się jego syn, a Mackiewicz – samotnie zdobył Chan Tengri (7010 m n.p.m.). Na samą Nangę Parbat próbował zimą wejść siedmiokrotnie: w latach 2010/2011, 2011/2012, 2012/2013, 2013/2014, 2014/2015, 2015/2016 i wreszcie w 2017/2018. Ja widać, odkąd zaczął, w próbach zdobycia Nangi miał tylko rok przerwy – w czasie wyprawy na przełomie 2015 i 2016 roku miał się poddać. I krótko potem górę zdobył jego konkurent, włoski himalaista Simone Moro. Było to pierwsze zimowe wejście na Nangę Parbat w historii. Mackiewicz nie chciał uznać tego osiągnięcia i jak widać podziałało ono na jego ambicję na tyle mocno, by spróbował po raz kolejny.

Obie córki Mackiewicza przyszły więc na świat już po tym, jak podjął próbę zdobycia Nangi Parbat. Wszystkie jego dzieci – już po tym, gdy zaczął się wspinać.

Dlatego wkurza mnie podejście: „Mackiewicz nie miał prawa robić tego, co robił, bo miał dzieci”. Te dzieci miały też matki, Joannę Sulikowską i Annę Solską. Wiele osób w internecie „składa” im wyrazy współczucia. „Składa” w cudzysłowie – ponieważ to nie są wiadomości w jakikolwiek sposób adresowane do nich, a komentarze wrzucane gdziekolwiek, gdzie ktoś ma czelność napisać o wspinaczce wysokogórskiej nawet nie w superlatywach, a po prostu bez hejtu; ba – w komentarzach tych często widać choćby brak świadomości, że Mackiewicz miał dzieci z więcej niż jedną partnerką, więc występuje w nich figura matki pozostawionej z trójką dzieci. To dość jasno pokazuje, jak bardzo kogokolwiek obchodzą losy pani Sulikowskiej i pani Solskiej oraz ich dzieci. W tych komentarzach stają się one pretekstem, by dowalić Mackiewiczowi. Ot, kolejne uprzedmiotowienie kobiet, byle udowodnić swoją tezę – nie raz, nie dwa i nie milion widzieliśmy to w Polsce.

Tyle że jakby podejść do tematu z choć odrobiną refleksji, to okaże się, że obie panie zdecydowały się na dzieci z Mackiewiczem, kiedy ten już się wspinał. Minimum druga z partnerek zdecydowała się na związek, kiedy Mackiewicz już się wspinał (to nie uczestnik „Top Model”, żeby dało się prześledzić jego biografię aż tak szczegółowo, by ocenić, kiedy zaczął się pierwszy związek). I sprowadzając wszystko do „miał dzieci, a się wspinał!”, sprowadzamy te dwie kobiety do roli bezwolnych owiec, które nie wiedziały, z kim się wiążą, nigdy z chłopakiem / narzeczonym / mężem nie rozmawiały i nie miały pojęcia, jak ten wyobraża sobie swoją przyszłość. Założenie, że mogły pomyśleć: „Tak, wiem, że mój facet się wspina, ale i tak chcę za niego wyjść i mieć z nim dzieci”, nie mieści się w linii programowej ataków na Mackiewicza, bo wymagałoby uświadomienia sobie, że ten, jakby się nie starał, dzieci sam ze sobą mieć nie mógł. Wymagałoby też uświadomienia sobie, że kobieta to taki byt, który samodzielnie podejmuje decyzje – nawet jeśli anonimowi internauci uważają, że podjęliby lepsze w jej imieniu.

Póki co jesteśmy jednak dopiero w połowie drogi – i gdyby się tu zatrzymać, można by uzyskać wyłącznie tyle, że hejt wymierzony w Tomasza Mackiewicza uderzy też w obie jego partnerki w myśl: „po co miały dzieci z himalaistą?” (a by być precyzyjnym, w wypadku pierwszego dziecka: „po co miała dziecko z kimś, kto się wspina?”).

W jednej z dyskusji ktoś wręcz napisał wprost, że nie chodzi o żony, a o dzieci – i z jakiej racji rodzice mają decydować za swoje dzieci?

Otóż niewygodna prawda wygląda tak, że wszyscy rodzice decydują za swoje dzieci. Spora (oby) ich część decyduje z myślą o tym, aby było tym dzieciom jak najlepiej. Inna część – by ich to nie skrzywdziło. Jest też część, która podejmując decyzje, ma te dzieci w głębokim poważaniu i jeśli się okaże, że dziecko spotyka realna szkoda, to rodzicowi ogranicza lub odbiera się prawa rodzicielskie. Póki co bycie himalaistą jednak nie jest przesłanką do odbierania praw.

I tu dochodzimy do sedna – 190 tys. lat ewolucji homo sapiens, a nadal nie istnieje consensus co do tego, jak rodzice mają wychowywać dzieci. Gdyby udało się stworzyć taki przepis, to życie wszystkich rodziców stałoby się nagle niezwykle proste, prawda? Żadnych trudnych decyzji, żadnych wyborów, w momencie porodu drukujemy sobie FAQ (Frequently Asked Questions – zbiór najczęściej zadawanych pytań wraz z odpowiedziami) i aż do osiemnastki potomka odhaczamy kolejne pozycje.  Niestety (lub stety) rzeczywistość tak nie wygląda, rodzice muszą podejmować takie decyzje sami, korzystając z najrozmaitszych źródeł wiedzy, które często są ze sobą sprzeczne, już nie wspominając o gigantycznym chaosie informacyjnym – tu wyniki badań naukowych, a tu rady dziadków i babć, kolegów i koleżanek, internatów i internautek. Oczywiście największymi specami są ci ostatni – szczególnie kiedy chodzi o ocenianie pojedynczych kwestii wyrwanych z całości. W wypadku Mackiewicza byłoby to: „nie wspinać się”. I już, problem rozwiązany!

A czego, formułując taką tezę, nie bierzemy pod uwagę? Zacznijmy od największego truizmu: nieszczęśliwy rodzic to zły rodzic. Nawet jeśli nie będzie przelewał na dzieci frustracji za to, że musiał zrezygnować ze swojej największej pasji, to dzieci – świetni obserwatorzy – zauważą przecież, że czegoś mu brak. Będą rosły w poczuciu, że to one są winne. Mało fajne dla rozwoju, czyż nie?

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że miłość do gór i pokonywanie granic swoich możliwości było tym, co Mackiewicza uskrzydlało. Nikt nie wie, co by się stało, gdyby mu tę miłość odebrać. Może nic złego. A może powróciłby do nałogu? Nie siedzimy w głowie Mackiewicza, nie wiemy, czy pociąg do gór nie był tym, co pozwalało mu utrzymać myśli z dala od heroiny. A jeśli tak, to co lepsze: ojciec-heroinista czy ojciec-himalaista?

A może nie byłoby tak drastycznie. Może zamknięty w domu Mackiewicz po prostu zapadłby na depresję? W samej Polsce choroba ta dotyka 1,5 mln osób. Oczywiście z depresją da się żyć, ale to życie ma więcej cieni niż blasków. Ot – niewychodzenie z łóżka przez miesiąc, płakanie z byle powodu, ciągłe rozdrażnienie i agresja wobec bliskich. W 2016 roku z powodu ciężkiej depresji do szpitali psychiatrycznych w Polsce trafiło 8 tys. mężczyzn. Co lepsze: ojciec-himalaista czy ojciec w szpitalu psychiatrycznym?

Idźmy dalej – choć mężczyźni zapadają na depresję rzadziej, to mężczyźni chorzy na depresję 6 razy częściej podejmują próby samobójcze, a próby samobójcze mężczyzn są skuteczniejsze niż kobiet. W 2016 roku samobójstwo popełniło ponad 5 tys. Polaków – 4,6 tys. z nich stanowili mężczyźni. Co lepsze: ojciec-himalaista czy ojciec samobójca?

Oczywiście nie wiem tego. W odróżnieniu od ludzi zamykających czyjeś życie w kilku komentarzach zdaję sobie sprawę, że nie znam szczegółów z życia Mackiewicza i jego rodziny. Ba, mam świadomość, że nawet oni sami nie mogli mieć pewności, bo tak już jest w życiu, że nie znamy od ręki konsekwencji naszych decyzji. Ośmielę się postawić jedną tezę – że gdyby Mackiewicz wiedział, że zostanie na Nandze na zawsze, prawdopodobnie by zawrócił lub nie podjął tej konkretnej wyprawy. Bo gdyby chciał po prostu popełnić samobójstwo, to miał do dyspozycji metody łatwiejsze i tańsze. Ba, mógł po prostu przekazać Élisabeth Revol wiadomość: „nie ratuj mnie”. Przecież sprowadzając go tak długo, jak była w stanie, opóźniała swój marsz i ryzykowała własne życie – wyprawa ratunkowa, która sprowadziła ją z Nangi, była jak wygrana w totka i himalaistka absolutnie nie mogła spodziewać się takiego rezultatu. Wszystko jednak wskazuje na to, że chciał żyć, chciał zejść z góry i walczył, póki był w stanie. Na podstawie tych przesłanek jestem skłonna postawić tę tezę – i tylko tę.

Reszta rzeczy, o których piszę, to scenariusze. Zadaję pytania, poddaję je pod refleksję. Po to, by pokazać, że życie nie jest jednowymiarowe. Nie wiemy i nie dowiemy się raczej, czy w rodzinie Mackiewiczów miały miejsce długie dyskusje z rozważaniem „za” i „przeciw”, czy po prostu Tomasz oznajmił: „ja będę się wspinał, take it or leave it” (to drugie byłoby wątpliwe moralnie dopiero wtedy, gdyby pasja wspinania pojawiła się później niż dzieci i związki – w zaistniałej sytuacji miał pełne prawo oznajmić, że nie zamierza rezygnować z dotychczasowego życia). Liczy się to, że najwyraźniej osoby mu najbliższe zaakceptowały ten wybór, a znały o wiele więcej zmiennych niż przypadkowi internauci, którzy jeszcze tydzień temu uznaliby, że Nanga Parbat to rodzaj sushi albo zupki chińskiej, ale dziś nie mają żadnego problemu, by mówić innym, jak ci powinni żyć.

I jest jeszcze jedna kwestia – załóżmy nawet, że rzeczywiście żaden ojciec i żadna matka nie powinni zajmować się zdobywaniem Nangi Parbat w stylu alpejskim zimą. A czy z ciężkim sprzętem będzie już ok? Albo czy w porządku będzie zdobywanie szczytu latem?

Śmiertelność dla Nangi nie uwzględnia pór roku – wynosi 21%. Czy to najbardziej niebezpieczna góra na świecie? Nie. Gorsza jest K2 (29% śmiertelności) i Annapurna I (34% śmiertelności). Załóżmy, że na te góry rodzicom wspinać się nie wolno. A na pozostałe? Dhaulagiri I (16%), Kanczendzonga (15%), Manaslu (10%), Gasherbrum I (9%), Makalu (9%), Sziszapangma (8%) i Broad Peak (5%) są już ok czy nie? A inne góry? Mount Everest nie jest wprawdzie wliczany do najbardziej śmiercionośnych, ale jest najwyższy – czy wysokość ma znaczenie w takich obostrzeniach? Na korzyść czy na niekorzyść? A czy w Alpy można? A można zimą i w stylu – nomen omen – alpejskim? A Rysy? Gdzie stoi granica?

Nie zapominajmy, że wspinaczka wysokogórska to nie jedyny niebezpieczny sport. Za najniebezpieczniejszy uchodzi BASE Jumping – czyli wykonywanie skoków spadochronowych z urwisk, mostów i klifów. Śmiertelność? 1,23%. Inne rankingi wskazują wyścigi konne – rzeczywiście śmiertelność jest wyższa (1,28%), ale termin jest tak nieprecyzyjny, że nie wiadomo, czego dokładnie dotyczy. Dalej mamy paralotniarstwo (0,56%) i dopiero na czwartym miejscu – wspinaczkę (0,51%). Nurkowanie to równo 0,1%, a wyścigi motocyklowe – 0,069%. To jak, zakazujemy czy zezwalamy? A inne sporty – niemieccy badacze w 1999 roku policzyli, że na 113 przypadków śmierci w czasie uprawiania sportu aż 28 dotyczyło piłki nożnej, a kolejne miejsca zajęły: bieganie, chodzenie i jazda na rowerze… Oczywiście, że ktoś może oznajmić, że hej, ile osób gra w piłkę w Niemczech – ale nie czarujmy się, to jest 28 zgonów, 28 potencjalnie osieroconych rodzin. Jeśli liczy się wyłącznie perspektywa dzieci, to bądźmy konsekwentni!

Ale mówimy wciąż o pasjach, a co z pracą? Co z żołnierzami, strażakami, policjantami, lekarzami (narażenie na kontakty z chorobami, w wypadku chirurgów – choćby z wirusem HIV, nie mówiąc już o lekarzach wyjeżdżających na misje). Spotkałam się tu z argumentem, że oni walczą o lepszy świat dla innych, nie dla siebie. Po pierwsze nie siedzimy w głowie danej osoby i nie mamy pojęcia, czy wybrała  taką ścieżkę kariery z poczucia misji, ze względu na prestiż czy z dowolnego innego powodu, po drugie – nie nam oceniać, czy dziecko będzie czuło się lepiej ze świadomością, że zmarły rodzic przed śmiercią zdobył ośmiotysięcznik zimą, czy gasił pożar. I wreszcie – nie mamy pojęcia, ilu narkomanom czy szerzej – nałogowcom w ogóle – Mackiewicz dał nadzieję, że mogą się wyrwać z nałogu i realizować w czym zechcą. Innymi słowy – jeśli rodzic nie może narażać się na niebezpieczeństwo, by nie osierocić dziecka – bądźmy konsekwentni. Nie tylko pasje narażają, praca też.

A co jeszcze naraża na niebezpieczeństwo? Może papierosy? Nałogowych palaczy mamy w Polsce 9 milionów – 24% społeczeństwa. Palenie tytoniu to najgroźniejszy czynnik rakotwórczy (powoduje raka płuc i 17 innych nowotworów). Rak płuc to najczęściej występujący na świecie nowotwór złośliwy – co roku WHO stwierdza 1,3 mln nowych zachorowań (na 7,2 mld ludzi na ziemi). W Polsce rocznie na raka płuc zapada 23 tys. osób. Ponad 90% z nich umrze w ciągu 5 lat. Oznacza to, że 24% naszego społeczeństwa naraża swoje dzieci na osierocenie w wyniku zgonu rodzica na raka płuc. Czy to znaczy, że ci ludzie nie powinni mieć dzieci?

A można by tak długo – wszak od czasu wynalezienia samochodów (trochę ponad 100 lat temu) w wypadkach drogowych zginęło prawie 30 milionów, a WHO przewiduje, że do 2020 roku wypadki drogowe staną się najczęstszą (!) przyczyną przedwczesnych zgonów. Najczęstszą – ale jakoś petycji o delegalizację samochodów nie widzę. W samej Polsce dziennie w wypadku samochodowym ginie 15 osób, a nasz kraj dzierży „zaszczytne” drugie miejsce pod względem liczby zabitych w wypadkach drogowych w UE. Dla porównania – od 2001 roku we Francji udało się poprawić sytuację o 42%, a u nas – o 5%. Czy zatem na pewno himalaiści są naszym największym problemem? No cóż, na pewno łatwiejszym do rozwiązania w internetowej dyskusji. Od momentu, gdy Tomasz Mackiewicz i Élisabeth Revol dotarli do bazy pod Nangą (23 grudnia 2017) do dziś (30 stycznia 2018), tylko na polskich drogach zginęło 585 osób. Przynajmniej część z nich – nie z własnej winy. I zanim ktoś powie, że życie bez samochodów nie jest możliwe, nie to co bez wspinania… Cóż, życie bez samochodów jest możliwe. Oczywiście o wiele trudniejsze – ale mówimy o ratowaniu milionów żyć. Dlaczego nasza wygoda ma być od nich ważniejsza, skoro pasja nie może być ważniejsza od dobra dzieci himalaisty? Dlaczego dzieci osierocone w wypadkach są mniej ważne? Policzymy, ile dzieci mogło mieć tych 585 osób? A może ile z tych 585 osób miało mniej niż 18 lat?

Można by oczywiście kontynuować, choć prowadziłoby to jedynie do absurdów. Niemniej polecam taką analizę, najlepiej jeszcze bardziej pogłębioną, każdemu, kto lekko oznajmiał: „miał dzieci, mógł się nie wspinać”. Niech przygotuje pełną listę zachowań, których nie mogą podejmować rodzice. W najgorszym wypadku – pośmiejemy się wszyscy. W najlepszym – może osiągną coś, czego naszemu gatunkowi nie udało się od 190 tys. lat, czyli stworzą receptę na rodzicielstwo idealne.

Anna Tess Gołębiowska

PS. W trakcie, kiedy pisałam ten tekst, w internecie pojawił zaczęto dość licznie udostępniać tekst, który pojawił się pierwotnie w komentarzach u Radka Teklaka – tekst autorstwa syna osieroconego przez himalaistę(tak przynajmniej zakładam, bo napisany jest anonimowo, podpisany mianem „Prawdomowny”).

(…) Jestem synem człowieka, który na niejeden ośmiotysięcznik wchodził – na jeden wszedł i zginął. Chodziłem wtedy do podstawówki. I nie będę pisał o żadnym bohaterstwie mojego ojca. Wystarczająco nasłuchałem się tych wszystkich bredni na ulicy, w szkole, od urzędników, którzy widzieli moje nazwisko i z odmętów pamięci przypomnieli sobie o moim ojcu – chcąc mi sypnąć komplementem – słyszałem tysiące razy jakim to był wielkim bohaterem i jaką potężną miał odwagę. Chuja miał – nie odwagę. Chujem był a nie bohaterem. BOHATEREM była moja matka! Dopóki nas nie było na świecie razem wspinali się tu tu to tam. Obietnica była jedna – przychodzi dziecko na świat – odstępujemy od tego sportu w wymiarze ekstremalnym. I przychodzę na świat. Jest siermiężny PRL. Po co bawić się w kartki i kolejki, po co użerać się z bachorami, na chuj z tym wszystkim. I spierdolił. Mój ojciec był tchórzem ponad tchórze. Zostawił nas z tym wszystkim. Zostawił nas z traumą o której nawet głośno nie można powiedzieć – bo przecież był bohaterem! W imię czego bohaterem? W imię własnych ambicji które były ważniejsze niż dzieci? (…)

Oczywiście tekst ten udostępniany jest jako najmądrzejsze, co można powiedzieć na temat… tyle że nie. To jest jednostkowy przypadek – a autor wprost pisze, że ma traumę, więc nie – nie jest najbardziej kompetentną osobą do oceny sytuacji, za to spora szansa na to, że nie będzie bezstronny. I nie jest – swoją traumę zaś przenosi na wszystkich innych himalaistów. A co jest kluczowe? To, że jego ojciec umówił się z jego matką, że po przyjściu na świat dziecka oboje rezygnują ze sportów ekstremalnych. Ona zrezygnowała, on nie. Nie zamierzam się mądrzyć i wymyślać, co w takim razie powinna zrobić żona przy takim a nie innym zachowaniu męża. Pretensje „Prawdomownego” są na miejscu i w pełni usprawiedliwione. Straty mu współczuję (niezgadzanie się z czyjąś oceną sytuacji jeszcze nie znaczy, że życzę temu komuś śmierci ojca), ale to nie zmienia sedna.

To, że jeden człowiek nie dotrzymał słowa danemu żonie nie znaczy, że wszystkich ludzi działających w tej samej branży trzeba rozliczać jako tych, co oszukali żony. Czy gdyby wypowiedział się syn żołnierza: „Mój ojciec jest chujem, obiecał matce, że nie pojedzie na misję, a pojechał i umarł, więc została z nami sama”, uznalibyśmy, że wszyscy żołnierze to chuje? A może syn strażaka i: „Mój ojciec jest chujem, bo za łatwiejszą kasę zaryzykował życie i zginął, a matkę zostawił z czworaczkami, choć mógł pracować w fabryce przy taśmie” – uznalibyśmy, że to święta prawda, więc strażacy to chuje?

Fakt bycia poszkodowanym oraz emocjonalność wypowiedzi nie sprawiają, że dana wypowiedź jest z automatu prawdą objawioną. Domyślam się, że akurat ten człowiek chętnie zabroniłby wszystkim rodzicom wspinaczki wysokogórskiej (i byłby jedną z nielicznych osób mających ku temu jakieś podstawy) – tyle że w mocy pozostaje pytanie, czego jeszcze zabraniamy.

 

PS2. Dopisek 3 lutego 2018. Do powyższego odniósł się Maciej Kukuczka.

Miałem się nie odnosić, ale za dużo ludzi do mnie w tej sprawie pisze, więc króciutko.
Wpis może sugerować (celowo?), że mogłem napisać go ja lub ktoś z rodziny Kukuczków.
Nie mam z tym wpisem nic wspólnego.
Proszę traktować ten wpis albo jako wypociny jakiegoś tchórza, który nie potrafi się podpisać pod własnym tekstem, albo co bardziej prawdopodobne, jako zwykłą prowokacje…
Pozdrawiam!

 

Ilustracja do wpisu: Nanga Parbat, western Himalayas, Pakistan by Atif Gulzar

4 myśli na temat “Porozmawiajmy o dzieciach himalaistów”

  1. O Mackiewiczu zdania nie mam, tak, jak zdania nie miałem o Kukuczce kiedy został w górach. Podziw jednak mają mój wielki wszyscy himalaiścu, bo trzeba mieć naprawdę spory zapas takiego pozytywnego szaleństwa, żeby iść tam w góry i zdobywać niemożliwe, z tą świadomością, że jest się blade runnerem do potęgi n-tej i można nie wrócić…
    Za wyczyn, godny peanów, uważam to, co zrobili nasi himalaiści by pomóc francuzce – w OSIEM godzin pokonali trasę, którą normalnie pokonuje się w godzin PIĘTNAŚCIE. I jakoś o ich dzieciach nic nie słychać. Możliwe, że ich nie mają (nie wiem), ale herosów nikt nie rozlicza. Lepiej powiesić psy na martwym. I tak przecież nie odpowie.

    1. Piętnaście godzin? I tak nieźle, wersje, które ja czytałam, mówiły o 24 godzinach minimum, a w tamtych warunkach (nocą!) szacowali półtora doby. Denis Urubko ma pięcioro dzieci, nie wiadomo, jak Adam Bielecki (z tego co widzę, w 2013 nie miał – tak można wywnioskować z wypowiedzi jego żony w jednym z wywiadów; edit: najprawdopodobniej jednak ma jedno dziecko, rocznik 2015).

  2. Z tekstem się zgadzam w 100%. Moja awersje wzbudza jednak postawa P. Solskiej i jej szwagierki – teraz trzeba pomóc dzieciom i publiczne nskręcanie zbiórki fotkami dzieci. Skoro kobiety były świadome co zakłada również autorka tekstu (Tak jak ja jestem świadoma związku z niepijącym alkoholikiem) to powinny ponosić konsekwencje swojej decyzji same a nie wołać w przestrzeń o pomoc. I to mnie razi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *